Cichy bunt, czyli recenzja filmu „Szwedzki łącznik”
Są wczesne lata czterdzieste i Europa pogrążona jest w chaosie II wojny światowej. Szwecja konsekwentnie utrzymuje neutralność, ale wcale nie jest to łatwe – przypomina raczej balansowanie na cienkiej linie, co wymaga coraz to nowych kompromisów i ustępstw. Szwedzcy dyplomaci stają na głowie, by utrzymywać poprawne relacje z mocarstwami trzymającymi Europę w szachu. A mimo to i tak zdają się nie wiedzieć, co przyniesie jutro, o czym przekonujemy się już w pierwszych scenach filmu Szwedzki łącznik: oto któregoś ranka całe Ministerstwo Spraw Zagranicznych ogarnia panika, bo roznosi się po nim wieść, że Niemcy właśnie zaatakowały Szwecję. Wieść, na szczęście, okazuje się nieprawdziwa, a mieszanka uczuć malująca się na twarzach urzędników (od przerażenia i paniki przez złość i niepewność aż po ulgę) świetnie oddaje pejzaż emocjonalny przeciętnego szwedzkiego dyplomaty.

Tak, II wojna światowa to zdecydowanie nie mógł być łatwy czas na bycie szwedzkim dyplomatą. O czym znakomicie wiedział Gösta Engzell (Henrik Dorsin), niepozorny urzędnik Ministerstwa Spraw Zagranicznych i główny bohater filmu w reżyserii Thérèse Ahlbeck i Marcusa Olssona.
W ciasnym biurze gdzieś w piwnicach budynku Ministerstwa, Gösta i jego koledzy i koleżanki toną w papierkowej robocie, która zdaje się nie mieć końca. Wciąż napływają do nich nowe wnioski o azyl składane przez Żydów z różnych części Europy – i wiele z nich musi zostać zignorowanych… do czasu. Jest rok 1942 i w centrum Europy robi się naprawdę gorąco. Do pracowników ukrytego w piwnicy biura wizowego różnymi drogami zaczynają docierać przerażające informacje o obozach zagłady i masowej eksterminacji Żydów. I to jest właśnie ten moment, kiedy nasi niepozorni biurokraci odkrywają własną moc.
Dzięki sprawnemu poruszaniu się w gąszczu przepisów i kruczków prawnych, Gösta Engzell i jego współpracownicy zaczynają znajdować sposoby na to, by ratować żydowskich uchodźców (zwłaszcza z innych krajów skandynawskich), udzielając im azylu w Szwecji. Pozornie tylko robią swoje – a tak naprawdę zostają cichymi bohaterami i biurokratycznymi rewolucjonistami, którzy w plątaninie paragrafów codziennie przecierają nowe szlaki. I którzy swoją niemal niedostrzegalną, mrówczą pracą uratują setki ludzkich istnień.

Szwedzki łącznik to wzruszający i zaskakujący dramat historyczny, opowiadający mało znaną historię wojenną, pisaną przez mało znanych bohaterów. To historia, która ujmuje zwyczajnością właśnie: nie znajdziemy tu spektakularnego heroizmu, wielkich bitew ani charyzmatycznych przywódców czy wojowników. Wręcz przeciwnie: zobaczymy, ile mogą zdziałać ci najmniej widoczni, cisi i pracowici ludzie, kiedy po prostu będą robić swoje w zgodzie z własnymi sumieniami. To taka trochę historia zza kulis, tocząca się z daleka od centrum wielkiej historii i polityki – a przecież tak samo mocna i ważna.
Oprócz Henrika Dorsina w głównej roli, zobaczymy w tym filmie kilkoro innych ciekawych szwedzkich aktorów – m.in. Sisselę Benn w roli uroczej i nieustraszonej Rut Vogl, Marianne Mörck jako ciepłą i serdeczną Stinę Johansson czy Jonasa Karlssona jako trudnego do odczytania Staffana Söderströma. Świetna gra aktorska w połączeniu z niebanalnym scenariuszem i zaskakującą muzyką czynią ze Szwedzkiego łącznika produkcję, która na na pewno na długo zostanie widzowi w pamięci.
Naprawdę warto dać się zauroczyć tej historii, w której tak dużo jest przecież do odkrycia. I to nie tylko o wojnie i Holocauście, ale przede wszystkim – o człowieku.
Zobacz również
Ciała i ich historie – o filmie „Siostrzeństwo Świętej Sauny” Anny Hints
09/01/2024
Nieprzystępne piękno. Recenzja filmu „Godland” Hlynura Pálmasona
08/06/2023