Długie pożegnanie. Recenzja książki „Pamięć drzewa” Tiny Vallès
Powieścią Pamięć drzewa katalońska autorka Tina Vallès zabiera nas do Barcelony, gdzie mieszka z rodzicami dziewięcioletni Jan – wrażliwy i spostrzegawczy chłopiec, który już niedługo ma doświadczyć swojego pierwszego życiowego dramatu. Ale na razie jeszcze o tym nie wie i kiedy któregoś dnia rodzice oznajmiają mu, że wkrótce zamieszkają z nimi dziadek i babcia, chłopiec nie posiada się za szczęścia. Jan uwielbia swojego dziadka, a spędzany z nim czas – zwłaszcza wspólne spacery i opowieści dziadka o drzewach – to dla niego szczególne, niemal magiczne doświadczenia, których nie zamieniłby na nic innego. Więc skoro dziadek i babcia zamieszkają z nimi pod jednym dachem, to chyba tych magicznych chwil będzie teraz w jego życiu jeszcze więcej? Tyle, że w końcu będzie mógł się nimi nasycić? Więc dlaczego nikt inny w rodzinie zdaje się nie podzielać jego szczęścia? Skąd te smutne miny i zmartwione spojrzenia? Najwyraźniej dorośli nie mówią chłopcu wszystkiego. Tylko czy on rzeczywiście chciałby wiedzieć to, czego mu nie mówią? Czy jest gotowy to usłyszeć?
Pamięć drzewa – choć patrzy na świat oczami dziecka, a nawet mówi do nas jego głosem – raczej nie jest książką dla dzieci. Dorośli czytelnicy natychmiast domyślą się, o co w tej historii chodzi: z dziadkiem nie jest najlepiej, stopniowo traci pamięć, a wspólne spacery i opowieści są jego długim, powolnym i przejmującym pożegnaniem z wnukiem. I dopiero ta świadomość w połączeniu z nieco naiwną i niewinną perspektywą dziecka, które nie do końca rozumie, co się dzieje, nadaje całej historii tego specyficznego, delikatnego smutku, który tak chwyta za serce.
Powieść Tiny Vallès zdecydowanie wygrywa więc atmosferą właśnie: melancholia jest tu niemal uchwytna, smutek otula czytelnika jak ciasny kokon, w którym – o dziwo – prędko zaczynamy czuć się bezpiecznie. Wprawdzie relacja z dziadkiem zostaje uchwycona w momencie granicznym, kiedy raczej nie ma co liczyć na żaden happy end, ale przecież jest ona jednym z najważniejszych filarów życia małego Jana. I dziadek – mimo postępującej konfuzji – doskonale zdaje sobie z tego sprawę i zrobi wszystko, żeby ten filar pozostał na zawsze; mocny, stabilny i bezpieczny. Nawet, kiedy jego samego dawno już nie będzie. Nie wątpię, że niejeden dorosły czytelnik pozazdrości Janowi takiego dziadka i takich życiowych fundamentów.
I tu dochodzimy do kwestii, z którą mam w tej powieści pewien problem: rodzina Jana jest zbyt idealna, zbyt łagodnie i spokojnie przechodzi przez tę burzę. W trakcie lektury miałam wrażenie, że nie czytam o prawdziwych ludziach, tylko oglądam jakieś uśmiechnięte twarze z reklamy. Możliwe, że częściowo ten obraz wynika z przybranej przez autorkę perspektywy – oglądamy wydarzenia oczami Jana, więc siłą rzeczy nie wiemy wszystkiego, obraz ma prawo być nieco zamglony i wyidealizowany. Ale to nie zmienia faktu, że i tak nie kupuję tej wizji; w obliczu tak drastycznej i bezwzględnej choroby jak demencja nie da się zachować takiej sielanki. Demencja odziera chorego z tożsamości, redukuje go do roli bezradnego dziecka, a w coraz bardziej bezsilnych opiekunach budzi wściekłość i rozpacz. To jest choroba, która zostawia po sobie zgliszcza. Gdzie w tej historii jest ta cała bezsilność i wściekłość? Dlaczego babcia i rodzice Jana całymi miesiącami tylko uśmiechają się z łagodnym smutkiem, jedzą wspólne posiłki i grają w domino? Przecież to musiało być jedno z najbardziej frustrujących doświadczeń ich życia i na pewno każdy, kto kiedykolwiek zetknął się z tą chorobą, wie, że relacja z pacjentem na pewno nie wygląda tak: „Dziadek obejmuje babcię od tyłu i wszystkimi dostępnymi mu jeszcze słowami wysławia jej urodę. Ona uśmiecha się i patrzy w pustkę, w pustkę albo we wspomnienia wspólnego szczęścia z dziadkiem, po czym odwraca się i muskają sobie czoła pocałunkami”. No, nie. Nie. Byłoby o wiele prawdopodobniej, gdyby dziadek biegał za babcią z widelcem dookoła stołu, przekonany, że ukradła mu sztuczną szczękę (wiem, że trochę trywializuję, ale swoje w tym temacie widziałam i tak łatwo nie dam się nabrać).
Jak dla mnie Pamięci drzewa zabrakło więc głównie realizmu – a to, oczywiście, nie każdemu czytelnikowi będzie przeszkadzać, więc może nie ma się o co czepiać. Zwłaszcza, że książka zdecydowanie nadrabia innymi aspektami: wspomnianą już atmosferą oraz językiem. Ten jest ujmująco liryczny i wzrusza połączeniem dziecięcej naiwności z głęboką refleksją. A przy tym pozostaje prosty i przystępny, a króciutkie (jedno-dwustronicowe) rozdziały sprawiają, że książkę czyta się szybko, lekko i z dużą estetyczną przyjemnością. Nie mam zatem wątpliwości, że przeczytałam coś bardzo ładnego i wartościowego. Nawet jeśli kompletnie minęło się to z moim życiowym doświadczeniem.
Tina Vallès Pamięć drzewa
Tłumaczenie: Andrzej Flisek
Wydawnictwo Znak 2026
Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Znak.
Zobacz również
Trupy, pociągi i tajga czyli „Śmierć w transsyberyjskim ekspresie” C.J. Farringtona
25/04/2022
Ekscentryczka na życiowym zakręcie. O książce „Butterflies in November” Auður Avy Ólafsdóttir
01/09/2023