„Doktórka-wariatka” i trująca huta, czyli recenzja serialu „Ołowiane dzieci”
Śląsk zawsze wydawał mi się specyficznym, hermetycznym i trochę groźnym regionem – mało przyjaznym i pełnym dziwnych sprzeczności. Chyba trudno o inne miejsce w Polsce, w którym przyjezdny może tak szybko poczuć, że nie pasuje – albo za sprawą gwary, która automatycznie wyklucza każdego, kto się nią nie posługuje, stawiając go w roli obcego, albo poprzez silne poczucie lokalnej tożsamości, zakorzenione tu w ludziach z dziada pradziada. Wyraźna kulturowa odrębność tego regionu wydaje mi się jednocześnie fascynująca i przerażająca – i nawet pisząc te słowa mam poczucie, jakbym wkraczała na jakiś zakazany teren, jakbym łamała zasady, które jasno określają, komu w ogóle wolno się na temat Śląska wypowiadać (czyli na pewno nie komuś, kto tego regionu nie zna i nie rozumie).

I taki właśnie obraz Śląska przedstawia w serialu Ołowiane dzieci katowicki reżyser Maciej Pieprzyca: to w jego wizji rzeczywiście miejsce specyficzne, hermetyczne, groźne i pełne sprzeczności. Z jednej strony – modelowy przykład socjalistycznego postępu, oaza nowoczesności oparta na przemyśle ciężkim, nowa gospodarcza potęga budowana dzięki zaangażowaniu ludzi pracy i pokazowy region Polski Ludowej. Z drugiej strony – ekstremalna bieda, brud i zacofanie podmiejskich „familoków”, szarość, smutek, wszechobecny pył i brak perspektyw. Szczególnie dla tych, którzy ciężką pracą własnych rąk budują ten gospodarczy cud.
Są lata siedemdziesiąte, a my trafiamy do okolicy znanej jako Targowisko w Szopienicach – dzielnicy Katowic, zbudowanej wokół Huty Metali Niezależnych „Szopienice”. Miejscowa lekarka, Jolanta Wadowska-Król (postać jak najbardziej autentyczna) odkrywa, że mieszkające w okolicach huty dzieci masowo chorują na anemię. Co szczególnie dziwne, część tych dzieci wcale nie trafia – zgodnie z procedurą – do szpitala dziecięcego, ale do specjalnego, zamkniętego oddziału szpitalnego, gdzie nawet lekarzom trudno wejść bez odpowiedniego pozwolenia. Doktor Wadowska-Król zaczyna badać dzieci z Targowiska i odkrywa w ich krwi stężenie ołowiu znacznie przekraczające dopuszczalne normy. Wszystko wskazuje na to, że dzieci chorują na ołowicę – chorobę zawodową hutników. I niemal równie dużo wskazuje na to, że ktoś gdzieś „na górze” próbuje ten fakt skrzętnie ukryć – taka brzydka choroba u miejscowych dzieci mocno zaszkodziłaby wizerunkowi pięknie rozwijającego się regionu. Zwłaszcza w przededniu wizyty Leonida Breżniewa.

Mimo niezbyt subtelnych nacisków władz, by zostawiła sprawę w spokoju, doktor Wadowska-Król zamierza nie tylko pomóc chorym dzieciom, ale również dowiedzieć się, o co w tej całej aferze chodzi. Problem polega jednak na tym, że ma przeciwko sobie nie tylko przedstawicieli władzy ludowej, ale również lokalną społeczność, która wcale nie chce współpracować. Mieszkańcy Targowiska uważają hutę za swoją matkę-żywicielkę i ostatnie, co chcą usłyszeć to, że „huta truje”. Lekarka wygadująca takie „herezje” prędko doczeka się miana „doktórki-wariatki”, a zatrzaskiwane jej przed nosem drzwi i słowne obelgi to najłagodniejsze z szykan, jakich doświadczy. I naprawdę sporo będzie musiało się wydarzyć, zanim te dwie strony nauczą się ze sobą rozmawiać.
Wcielająca się w rolę niepokornej lekarki Joanna Kulig to bez wątpienia motor napędowy całego serialu. Udaje jej się stworzyć postać jednocześnie imponującą swoją determinacją i niezachwianym kompasem moralnym oraz po ludzku niedoskonałą: impulsywną, niecierpliwą, przytłoczoną nadmiarem cudzych problemów, reagującą irytacją na ciemnotę i zabobony, wśród których przyszło jej pracować. Momentami doskonale widzimy (i raczej nas to nie dziwi), jak bardzo lekarka ma tych wszystkich opornych (albo nieraz zwyczajnie tępych) ludzi dosyć… ale i tak zostaje z nimi. Zostaje i pomaga – „bo tak trzeba”.
Mówiąc o obsadzie nie sposób nie wspomnieć i nie docenić również Michała Żurawskiego, wcielającego się w postać oficera Służby Bezpieczeństwa, Huberta Niedzieli – to jedna z najbardziej udanych postaci całego serialu. Z jednej strony podstępny i okrutny karierowicz, zmierzający do własnego celu cudzym kosztem, z drugiej – człowiek wewnętrznie rozdarty, miewający poważne wątpliwości na temat systemu, któremu służy. Żurawskiemu udaje się oddać te wewnętrzne sprzeczności z dużym wyczuciem, za pomocą spojrzeń i gestów bardziej niż jakiejś wybujałej ekspresji. Oprócz niego znajdziemy też na drugim planie kilka innych ciekawych twarzy, które zawsze dobrze zobaczyć na ekranie: Zbigniewa Zamachowskiego, Agatę Kuleszę czy Kingę Preiss.

Na koniec podzielę się z wami refleksją, która nasunęła mi się gdzieś w połowie oglądania Ołowianych dzieci – taką mianowicie, że ludzkie życiorysy, jakkolwiek ciekawe i imponujące by nie były, rządzą się zupełnie innymi prawami niż film. Niełatwo jest przedstawić na ekranie historię czyjegoś życia, mieszcząc się w logicznych ramach scenariusza: film (czy serial) musi nas prowadzić od wstępu przez rozwinięcie po zakończenie, podczas gdy prawdziwe życie raczej nigdy nie trzyma się spójnej linii fabularnej. Często oglądając filmy czy seriale biograficzne mam wrażenie, że twórcy próbują bezskutecznie walczyć z chaosem, jakim jest ludzkie życie, wciskając je w ramy gatunku, do których nie ma prawa pasować – i w przypadku Ołowianych dzieci też trochę tak wyszło. Trudno jest jednocześnie opowiedzieć prawdę ORAZ ciekawą fabularnie historię – i może dlatego serial momentami zdaje się dreptać w miejscu, jakby twórcy sami nie mogli się zdecydować, którą z tych dwóch rzeczy próbują osiągnąć.
Nie jest więc serial Macieja Pieprzycy dziełem idealnym; miewa przestoje i dłużyzny i momentami zdaje się tracić z oczu własny cel. Ale i tak warto było go obejrzeć, żeby poznać zarówno postać śląskiej lekarki jak i historię zapomnianej epidemii, która pochłonęła tyle niewinnych istnień. Tak, ta historia zdecydowanie warta była opowiedzenia.
Jeśli podoba Ci się nasz blog i chcesz nas wesprzeć, możesz postawić nam wirtualną kawę: buycoffee.to/naszanisza.pl
Zobacz również
Rozpustnik i Kopciuszek, czyli o czwartym sezonie „Bridgertonów”
27/02/2026
Wszyscy bywamy Jessicą. O serialu „Na całego” Leny Dunham
19/07/2025
2 komentarze
Robert Binias
Taki eksperyment: Wyobraźmy sobie, że zamiast Ślązaków w tym filmie mamy czarnoskórych, albo gejów, czy Rdzennych Amerykanów. Czy to by przeszło w jakimkolwiek filmie by tak Ich stronniczo pokazać? Pytanie retoryczne oczywiście.
dominika
Bardzo słuszna uwaga!