literatura,  recenzje,  uzależnienia

Drzwi do piekła na ostatniej prostej, czyli „All the Way to the River” Elizabeth Gilbert

Od kilku lat liczyłam na to, że Elizabeth Gilbert napisze tę książkę. To znaczy, oczywiście, nie mogłam nawet przypuszczać, że Elizabeth Gilbert napisze właśnie TĘ książkę – ale liczyłam na to, że napisze książkę, w której opowie nam historię swojej relacji z Rayyą Elias i że będzie to historia dzika, piękna, mocna i przejmująco smutna. Podobnie jak tysiące innych fanów Elizabeth Gilbert po raz pierwszy usłyszałam fragment tej historii w tym wystąpieniu, więc wydawało mi się, że wiem, mniej więcej, czego się spodziewać. I że jeśli powstanie cała książka o relacji tych dwóch imponujących, pięknych, wolnych dusz, to po prostu będzie w niej mniej więcej tak samo, jak w tym wystąpieniu – tylko jeszcze piękniej, jeszcze mocniej i jeszcze smutniej.

Czyli nic nie wiedziałam, znaczy się.

Elizabeth Gilbert (źródło zdjęcia: theguardian.com/ autorka Deborah Lopez)

Bo Elizabeth Gilbert napisała książkę, która na tle jej dotychczasowej twórczości jest jak eksplozja bomby. Bomby, która roznosi w pył cały wcześniejszy wizerunek słynnej pisarki i zmiata z powierzchni wszystko to, co wydawało nam się, że o niej wiedzieliśmy. Bo przecież sądziliśmy, że znamy jej historię – po turbulencjach młodości, rzuciła karierę, męża i oczekiwania społeczne i ruszyła w świat, żeby jeść, modlić się i kochać, po czym wróciła do domu, napisała bestseller i od tamtej pory pozostaje drogowskazem dla innych zagubionych dusz. Drogowskazem, który udowadnia, że się da, że zmiana jest możliwa i że świat jest piękny i który prawdopodobnie sam (ten drogowskaz znaczy) od lat tkwi w stanie zen, niczym jakiś buddyjski mnich.

A tu okazuje się, że to wszystko bzdura na kiju i że nasz drogowskaz do oświecenia pozostaje nie tylko zagubioną duszą, ale w dodatku nosi w sobie kosmiczny chaos, którego zabójcze, pokrętne, diaboliczne schematy rozpozna w sobie każda osoba uzależniona. Okazuje się, że kilkanaście lat po opublikowaniu Jedz, módl się, kochaj Elizabeth Gilbert jest tykającą bombą, spektakularną ludzką katastrofą, która musi się wydarzyć. I bogom niech będą dzięki, że postanowiła nam przebieg tej katastrofy zrelacjonować.

Elizabeth Gilbert i Rayya Elias poznały się we wczesnych latach 2000-ych i przez całe lata serdecznie się przyjaźniły. A ich przyjaźń rozpoczęła się od …strzyżenia włosów, bo Rayya – oprócz pisania piosenek i grania punkowej muzyki na podziemnej scenie Nowego Jorku – zajmowała się fryzjerstwem i stylizacją (i wieść niesie, że była w tym naprawdę dobra). Deklarowała też wszem i wobec, że konsekwentnie utrzymuje trzeźwość, a demony przeszłości trzyma na wodzy dzięki regularnym mityngom Anonimowych Narkomanów. Liz w tym czasie pisała i podróżowała oraz zdobywała międzynarodową sławę i nic nie wskazywało na to, że jej przyjaźń z Rayyą miałaby przerodzić się w coś więcej (zwłaszcza, że z podróży przywiozła sobie przecież całkiem nowego, brazylijskiego męża). Dopiero rok 2016 zmienił wszystko – Rayya usłyszała niepozostawiającą nadziei diagnozę (rak trzustki i wątroby) i dowiedziała się, że zostało jej kilka miesięcy życia. Liz natomiast w tym samym momencie uświadomiła sobie, że to, co czuje do przyjaciółki jest miłością – i to znacznie potężniejszą i bardziej namiętną niż ta, która łączyła ją z brazylijskim mężem. Więc po raz kolejny postawiła całe swoje życie na głowie; rozwiodła się i związała z Rayyą, żeby jak najpełniej wykorzystać czas, który im pozostał, wycisnąć te miesiące do ostatniej kropli i razem przejść tę tytułową „drogę aż do rzeki”.

Tyle tylko, że później wydarzyło się coś, czego z jakichś powodów nie przewidział nikt – choć patrząc z perspektywy czasu powinni byli chyba przewidzieć to wszyscy. A zwłaszcza sama Rayya i jej koledzy i koleżanki z NA. Jak to możliwe, że nikt nie wziął pod uwagę takiego scenariusza? (Serio, ludzie, trzeba było mieć plan B!). Bo że pacjentom umierającym na raka podaje się morfinę – bardzo dużo morfiny – to przecież nie jest żadna tajemnica. I to, niestety, podaje się tę morfinę wszystkim jak leci, bez względu na to, czy byli we wcześniejszym życiu uzależnieni od opioidów czy nie.

A ćpun uzależniony od opioidów plus morfina to naprawdę, naprawdę nie jest dobre połączenie.

I tak otworzyły się wrota do piekła…

Rayya Elias (źródło zdjęcia: people.com/ credit: Noam Galai)

Ta część historii zawartej w All the Way to the River jest tak niewiarygodnie okropna, brudna i bolesna, że do tej pory nie mogę uwierzyć w to, co przeczytałam. I w to, że Elizabeth Gilbert zdecydowała się o tym opowiedzieć. Słowo „nawrót” jest tu za małe i nie oddaje rozmiarów tego kataklizmu, który odpala się, kiedy uzależniony z siłą rozpędzonego pociągu wraca na dobrze sobie znane tory. Kilka miesięcy po rozpoczęciu wspólnego życia, mieszkanie Liz i Rayyi zamieniło się w zadymioną, ciemną melinę, w której narkotyki (szczególnie kokaina) sypały się strumieniami, a rozgorączkowana Rayya z obłędem w oczach wciągała je przez wiecznie zakrwawiony nos albo wstrzykiwała w kompletnie już na tym etapie wyniszczone ciało. Pacjentka w fazie terminalnej zamieniła się w ćpunkę w amoku – i nikt nie miał pojęcia, jak i czym (albo czy w ogóle?) ją zatrzymać. Można było tylko patrzeć bezradnie, jak ten niemal już niefunkcjonujący (ale jakimś cudem ciągle żywy) trup próbuje dokonać swojej ostatecznej, spektakularnej samozagłady… i jak uparcie mu się to nie udaje.

Wierzcie lub nie, ale historia umierania i ćpania Rayyi Elias to tylko część emocjonalnego ciężaru najnowszej książki Elizabeth Gilbert. Tak, Rayya w końcu umiera (i czytelnik w tym momencie wydaje z siebie westchnienie ulgi), a sponiewierana i wykończona tym doświadczeniem Liz musi w końcu stanąć twarzą w twarz z własnymi demonami. To, czego dowiedziała się o sobie w całym tym procesie również doprowadziło ją wprost pod drzwi wspólnoty opartej na dwunastu krokach – Anonimowych Uzależnionych od Seksu i Miłości. I tak zaczęła się mozolna droga w górę, która trwa do dziś…. (Muszę jednak w tym miejscu dodać, że kto nie jest bezkrytycznym zwolennikiem wspólnot opartych na dwunastu krokach i uważa je za jedną z wielu – ale nie jedyną – drogę do zdrowienia, może momentami poczuć lekką irytację w zetknięciu z neofickim entuzjazmem autorki. Nie da się nie zauważyć, że 12 kroków to jej nowa biblia.)

Lektura tej książki pozamiatała mnie emocjonalnie; wyszłam z niej zapłakana, połamana moralnie i wyczerpana, jakbym właśnie doświadczyła głębokiego katharsis. Jej brutalna, brawurowa szczerość i brudna prawda o człowieku i uzależnieniu może być najwybitniejszym życiowym dokonaniem Elizabeth Gilbert.

Elizabeth Gilbert All the Way to the River

Bloomsbury Publishing 2025


Jeśli podoba Ci się nasz blog i chcesz nas wesprzeć, możesz postawić nam wirtualną kawę: buycoffee.to/naszanisza.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *