kultura,  opowiadania,  twórczość niszowa

Etiuda psychotyczna: „Przychodzi facet do lekarza i prosi…”

Przychodzi facet do lekarza i prosi. – Proszę o pomoc – mówi, i że jest po kilku dniach picia i chce wyhamować, zatrzymać ciąg, dojść do siebie, ale jest w bardzo kiepskim stanie i że sam nie da rady a na detoksie nie mają miejsc. Że wziął trzy dni temu jakiś środek – mówi – niewiadomego pochodzenia narkotyk, różowy kryształek od przypadkowej osoby, pod pewną knajpą, drogą i modną, wziąłem i mówię: – Panie doktorze – to chyba właśnie po tym mam wciąż te przerażające halucynacje i koszmarne lęki, i proszę – prosi, ale nie jest pewien, bo to go trzyma już trzeci dzień i jest coraz gorzej. Haluny te są okrutne i nagłe, bez dystansu zupełnie i świadomości, że to faza, jak ciężki badtrip po kwasie, albo dużej dawce grzybów, w sumie znacznie mocniejsze od każdego badtripa, kiedy wiesz, że jesteś naćpany, że się trochę pomęczysz, trochę pozaglądasz na drugą stronę, ale czujesz, że kiedyś wrócisz. Tego nie mówi, ale to myśli, mówi w skrócie, wie, że nie ma dużo czasu: – Proszę o pomoc, panie doktorze, to nie jest zwykły zespół odstawienny, ani to nie jest wpływ narkotyku, bo owszem, zażyłem coś trzy dni temu, ale mikrodawkę i znam się na tym, tak nie wygląda żadna faza, żaden zjazd, coś w moim organizmie się stało dziwnego i strasznego – mówi, i wie już, że ten pan przed nim za biurkiem był zirytowany na sam jego widok, a teraz jest już co najmniej rozdrażniony tym, co właśnie usłyszał. I kiedy tak patrzę na pana doktora twarz, mięśnie jego twarzy, grymasy, reakcje, wiem już, choć nie wiem jeszcze jak bardzo, że tym razem naprawdę nie trafiłem najlepiej. Przeczuwa to, niemniej jeszcze raz bardzo prosi, i mówi, że jest na strasznych lękach – powtarza – nie takich jak zwykle, że coś się dzieje w jego organizmie bardzo złego i on musi z tego jakoś wybrnąć, że miał splątanie, ekstremalne rozbicie, dezorientację całkowitą i świat mu się narzucał w postaci demonów, że to nie były zwykłe zwidy ani głosy tylko istny koszmar, a teraz już od dwóch dni się czyści, ale nie może dojść do siebie, mówi. Mówię: – Wypiłem tylko 200 gram wódki przez ostatnie dwie doby, w małych dawkach, żeby jakoś przetrwać, ale ten stan nie mija – mówi, i że ledwo przeżył, dodaje. Przebywam w domu kolegi i z jego pomocą, na ziołach, czystek, miłorząb i jeszcze coś, jakaś himalajska mieszanka detoksykująca organizm, tylko, że się odwodnił, że ledwo żyje, ledwo się rusza. – Jestem w koszmarnym stanie, panie doktorze – mówię – i ma myśli samobójcze – nadmienia – ale postanowił walczyć i prosi o pomoc. – Proszę! To wyjatkowa sytucja, nagły przypadek – mówię – muszę wytrzeźwieć, dojść do siebie i wtedy, jak już się wyśpię i przestanę tak cierpieć, podejmę, podejmie decyzje, pewnie jakaś terapia, nowy psycholog, mityngi AA i NA, sponsor i grupa wsparcia, – wiem co robić – mówi – ale teraz muszę się uspokoić i nie proszę przecież o klonozepan, relanium, czy coś z benzodiazepinów, ale może cokolwiek, co pozwoli mi zasnąć – mówię. Tak mówi facet, który przyszedł do lekarza, na Izbę Przyjęć Wojewódzkiego Szpitala Psychiatrycznego we Wrocławiu, ale izbę przenieśli w międzyczasie, i wszystko się tutaj zmieniło. Lekarz już nie jest tym pomocnym panem, co kiedyś, izba już nie jest w głównym holu, gdzie stoją automaty z najgorszą we Wrocławiu kawą i są najbrudniejsze toalety, nie jest jak zwykle, jak dziesięć, piętnaście lat temu – naprzeciw głównego wejścia nikogo nie widać i pusto tu jakoś i cicho, tam gdzie zwykle siedziało kilku smutnych ludzi i co najmniej dwóch policjantów i jeden lub kilku skutych osadzonych, albo aresztowanych niebezpiecznych, przywiezionych na wywiad, badania, orzeczenia jakieś, nie ma nikogo znajomego, do mnie samego podobnego. Więc Izba Przyjęć Szpitala Wojewódzkiego jest teraz w głębi szpitalnego parku – czyta – tam gdzie kiedyś był detoks. Wiem gdzie był detoks, gdzie ten budynek stoi, dobrze wiedzieć, bo można by się tu zgubić, wystraszyć tych przejść i korytarzy, ale jak ktoś kiedyś był to nie zapomina, teraz idzie po strzałkach, podziemiem starego gmachu, przez lewe skrzydło, nie w prawo, jak na terapie i do kaplicy, tylko odwrotnie, tylko, że nie jest jak zwykle, jest niżej, sufit nisko schodzi, jest zimniej i ciemniej jakoś, a przecież światła się świecą, i się wychodzi do parku. – Jaki ten park jest ogromny i stary – wzruszam się i tłumię szloch w głowie i wznoszę nad głowę gardę przed światem. Teraz znowu w lewo do zielonego baraku, w którym kiedyś był narkomański detoks, ten sam co dziesięć, piętnaście lat temu, i tamtej jesieni, kiedy pierwszy raz tu lądowałeś po wielomiesięcznycm ciągu na fecie i extasy. Nic się nie dało zrobić, trzeba było i teraz też jest potrzeba, dlatego szpital, izba przyjęć, detoks, a w tym baraku siedzi lekarz, młody stosunkowo człowiek, solidnej budowy ciała, nietypowy taki, poirytowany nieco, to widać. To widzi ten człowiek, co przez te korytarze tu trafił i o pomoc przyszedł prosić. Widzi to w jego oczach, tego lekarza, i wie, że tym razem nienajlepiej trafił, ale stara się spokojnie sprawę przedstawić, sprawnie rzecz wyjaśnić i jasno poprawną polszczyzną mówić: – Proszę o pomoc, Panie doktorze, jestem alkoholikiem i jestem w nawrocie – mówi – a on słucha, ten lekarz, tyle, że z miną bramkarza z knajpy, do której zwykle nie wchodzisz. Jest w tym człowieku coś takiego, uśmieszek w oku, złość w każdym mięśniu twarzy – czujesz to. Czuję! – Żuchwy mu chodzą, wierci się już po minucie, odkąd wszedłeś, wszedłem i mówię: – Panie doktorze, nazywam się tak a tak i jestem ubezpieczony, tutaj mam kartę ubezpieczenia europejskiego, jestem alkoholikiem, no i niestety złamałem abstynencję, po wielu miesiącach, a może nawet i latach, złamałem, pękłem, trudno, stało się i jest to koszmarnie trudne doświadczenie, jest gorzej niż kiedykolwiek, a tylko kilka dni piłem, nie ćpałem, w zasadzie paliłem trochę, niewiele, i jakiś niewiadomego pochodzenia narkotyk, ale poza tym to był tylko alkohol, a teraz jest lęk straszliwy, rozbicie, dezorientacja, splątanie, psychozy, niepokój i przerażające poczucie winy. – Mam myśli samobójcze, mówię – proszę o pomoc, panie doktorze. Ale to nie jest konwencjonalny lekarz, nie jest jak zwykle, pierwszy raz takiego widzisz i czujesz, czułeś to od początku, że łatwo nie będzie, nie jest i wiesz już na pewno, że on cię nie lubi. To jak on słucha, jak on cię mierzy, jak ocenia i jak gardzi tobą, i to jak teraz zaczyna się z ciebie nabijać z uśmieszkiem na twarzy, gdy mówi: – Nie, kolego – jakbyście się już spotkali – to nie jest przychodnia uzależnień – mówi – ani prywatny gabinet, poza tym ty jesteś nietrzeźwy – na ty do ciebie – jesteś pod wpływem nie wiadomo czego, więc nic nie dostaniesz, trzeba było nie chlać i nie ćpać i żadnej recepty ci nie wystawię. Ja tu przyjmuję ludzi na oddział, chorych ludzi nie pijaków i ćpunów, co mają zjazd i nagle im się robi chujowo – tak mówi – mam robotę, nie ma tu żadnych recept dla ciebie, wybij to sobie z głowy. Słyszysz to, słyszę, ale wiesz, że nie masz już wyjścia, że ledwo się tu dowlokłeś i że powrót cię czeka. Wiesz, że bez tego leku, jakiegokolwiek, nie będzie to klon, relax, ani benzo, już wiesz, że nie będzie, ale niech będzie cokolwiek, bo już nie dasz rady, że jesteś na lękach – powtarzasz – że teraz jest ten najgorszy czas, kiedy musisz przetrwać, się uspokoić, przespać, zasnąć, dojść do siebie, bo już nie możesz pić zacząć znowu, chlać, bo już ci nie trzymają nerwy, wyobraźnia ani zwieracze. Tak myślę, na głos nie mówię tego, bo widzę, że on tylko czeka na błąd z mojej strony, na jakiś pretekst, żeby mnie wykopać. A do dilera w tym stanie nie zadzwonisz, bo trzęsiesz się i nie dojdziesz nigdzie, nie dotrzesz, nie dasz rady czekać, poza tym i tak wisisz mu kasę. Tutaj dotarłeś tylko dzięki sile woli i dlatego, że prosto idzie linia tramwajowa, trzy przystanki w okularach słonecznych i kaszkiecie, na szczęście miałeś się w co ubrać, przebrać z tego syfu, i jedziesz, jesteś na Klęczkach, potem tylko dziedziniec więzienia, jedna prosta i Kraszki, wielki szpital, inaczej byś tu nawet nie trafił i mówisz mu o tym, spokojnym głosem. Mówię: – Panie doktorze, ja pana bardzo proszę, o jakąkolwiek pomoc, proszę mi coś na uspokojenie zapisać – i mówisz, dodajesz, że masz rodzinę, że jesteś w terapii i na leczeniu, tylko że wpadkę miałeś i że jakikolwiek medykament, który pozwoli ci przetrwać te najgorsze kilka godzin, dni, teraz, i wrócić do domu, do siebie i do terapii. A on jest coraz bardziej rozsierdzony i upewnia się w tym, że nie dasz za wygraną a jednocześnie wie już, że wytrzymasz więcej niż przeciętny klient, więc puszczają mu wodze, bierze górę jego męska siła, porusza się na tym swoim fotelu, ale już nie tak nerwowo tylko pewnie, do przodu przechyla się z uśmiechem na twarzy w pogardliwym grymasie i wie jaką ma teraz przewagę. I widzisz, widzę na jego przedramionach tatuaże, to u psychiatrów rzadkość, znasz wielu, niezliczonych znam przecież, ten jest trochę inny, on nie jest typowy i chyba to lubi, wygląda cool, wyglądać cool, chce tak wyglądać, ale teraz dostrzegasz, że w sumie ma brzuszek i że jest mięciutki jakiś, i że nie może być zbyt wysoki, więc pewne kompleksy i frustracje jakieś, a ten jego złośliwy uśmieszek przybiera na sile i teraz, tutaj, na twoich oczach rozgrywa się najczarniejszy dla ciebie scenariusz: Pan doktor szerzej się rozpościera, ogromnieje, jest cały przed tobą, złowrogi i głos celowo podnosi, wali na ty, już nie mówi, tylko wali w ciebie głosem, ściana głosu, fala dźwięku uderza cię w uszy, w łeb jak obuchem i jest pan doktor panem niepodważalnym tej sytuacji, bo wie, że się boisz, boisz się jego huku, wyjść z tej przychodni, z tego szpitala, parku, na ulice w słońcu i hałasie, bez wsparcia, recepty, bez tarczy słonecznej, antyrakietowej i antyhalucynogennej osłony. Nie ma już teraz niczego przed tobą, tylko ten rozhuczany facet i wrócić nie możesz, i tak przecież nie wiadomo dokąd, bo stamtąd również trzeba będzie odejść. A żeby odejść, trzeba mieć siłę chodzić. Nie wiadomo jak długo wytrzyma z tobą twój kumpel na chacie, jak długo będzie cię karmił, poił, słuchał jak rzygasz, jak ci pęka kicha, jak się krztusisz, jęczysz i się pocisz, ile będzie obserwował twoje nieskoordynowane ruchy i wrzasków przez sen słuchał. Nie wiesz, nie wiem, ale on wie, ten lekarz, że nie masz już wyjścia i przyszedłeś poprosić, i zachowuje się jak jakiś jebany diler, wszechdiler wszech czasów, albo pewniej, bardziej chujowo jakoś, bo nosi ten biały kitel i tytuł magistra medycyny wypisany na nim, jest tutaj bogiem, autorytetem, ma moc prawną i farmakologiczną, i wiedzę ma, żeby pomóc, albo żeby dojebać. Więc mówi ci wprost na ty waląc, hucząc, jak bardzo nienawidzi alkoholików i ćpunów, czytaj: kolesi, którzy lecą w melanż a potem chcą lekkiego kaca i miękkiego lądowania. To już od lat nie jest melanż, panie doktorze! – myślisz sobie, ale nic nie mówisz – I on sądzi, że jesteś kawał gnoja, który sam podejmuje decyzje i sam powinien konsekwencje ponosić, i trzeba było nie chlać – krzyczy – że jesteś cwaniakiem, który państwo kosztuje i cenny czas jego zabiera – to mówi hucząc, bo lubi sobie pohuczeć, bo może. Ale ty swoje: – Panie doktorze, Pan mnie źle ocenia, ja jestem zwykłym alkoholikiem, chorym na alkoholizm człowiekiem, F19.2 – uzależnienie mieszane, od lat wielu walczę, panie doktorze, walczę ale czasem przegrywam, a to przecież choroba, ciężka i dożywotnia, a i warto by zauważyć, że niezawiniona przecież, i że może się skończyć chorobą psychiczną, delirium tremens, śmiercią, i że się boisz, mówisz, mówię – że tym razem jest inaczej, gorzej i że chodzi ci tylko o jakikolwiek medykament, który cię wyciszy, usnąć pozwoli i ty się pozbierasz, do terapii wrócisz, nawet mówisz błagam. Cytuję: – Panie doktorze, proszę mi pomóc, błagam, ja mam dzieci, pracuję, płacę podatki, tylko nie w tym kraju, ale jestem ubezpieczony, długo nie brałem, nie piłem, to była wpadka, kraksa, a alkoholizm i narkomania to przecież choroba, pan wie, panie doktorze, tego czasem nie można zatrzymać, ale ja się nie poddam – tak mówisz, mówię i jeszcze raz patrzę mu w twarz już ze łzami w oczach, w twarz coraz bardziej czerwoną i wiesz już, że musisz się bardziej ukorzyć, skurwić wręcz tutaj, bo taki jest teraz warunek, to jego gra, i tylko on wygrywa, to jego cyrk, a ty jesteś jedyną małpą w parku, baraku i całej tej okolicy, i albo wyjdziesz z niczym albo jak on zagra skaczesz, przegrywasz i dzięki temu może dostaniesz ten kwitek. Więc robisz minę zdychającego psa, lecz starasz się zachować spokój, nie podnosisz głosu, a zdania budujesz poprawne gramatycznie i nie wtrącasz tam kolokwializmów, ani tym bardziej wulgaryzmów jakichś, pan doktor za to klnie dość swobodnie i to nie pod nosem i wbija w ciebie swoje zokrutniałe oczy. Więc pozwalasz mu, żeby cię dopadł, spuszczasz głowę i pochylasz tułów, mówisz że będziesz wdzięczny, że to dużo znaczy i że docenisz. Doceniam, i widzę wreszcie, że on pisze, jednak pisze!, wkurwiony, że nie dałeś się spłoszyć i dodaje z sarkazmem, pogardą i szyderą w głosie, już teraz wielkimi literami i wprost w twoją twarz wali: – Wiesz , czemu nie lubię was, alkoholików?! Bo jak któryś z was chce nagle przestać pić na jeden dzień, to cały świat ma mu zrobić laskę! – mówi do ciebie pan doktor. Do mnie mówi. I teraz to słyszysz, że to jest tak dobra kwestia, jak z „Psów” co najmniej, i wiesz już, że na nią czekał, ciekawe ile razy użył, tak sobie na kimś poużywał, ale masz wrażenie, że nie był to pojedynczy przypadek i że to przynajmniej jakiś bonus z tego spotkania, kwestia do zacytowania kiedyś, i kiedy dostajesz receptę na gównianą hydroksyzynę, która i tak przy psychozie nie pomoże i wychodzisz przed ten zielony budynek, który kiedyś, za twoich młodzieńczych czasów, był detoksem dla narkomanów, a teraz jest nową siedzibą psycho-führera, bunkrem tego chuja z tatuażem, Izbą Rżnięcia Psychiatrycznego we Wrocławiu, już wiesz, że to nie świat zrobił ci laskę, tylko że właśnie zostałeś zostałeś wyruchany w dupę.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *