literatura,  recenzje

Gdzie jest Esther? Recenzja książki „Queen Esther” Johna Irvinga (SPOJLERY!)

W moich osobistych rankingach Regulamin tłoczni win jest nie tylko jedną z najlepszych powieści Johna Irvinga, ale w ogóle jedną z najlepszych powieści wszechczasów. Ta wzruszająca, zabawna, mądra i bardzo polityczna powieść o sierocińcu St. Clouds, w którym niepokorny i szlachetny doktor Wilbur Larch robił to, czego potrzebowały przyjeżdżające do niego kobiety w niechcianej ciąży („sierotę albo aborcję”) na zawsze przedefiniowała moje rozumienie dobrej literatury. Pisałam już zresztą o swoim stosunku do Irvinga (czyt. o swojej wielkiej miłości) przy okazji recenzji jego poprzedniej książki (tekst znajdziecie tutaj), więc spróbuję się nie powtarzać – dodam tylko, że dziś ta fenomenalna powieść o sierotach, aborcji i szukaniu swojego miejsca w świecie wciąż zachwyca mnie tak samo, jak przy pierwszej lekturze.

Wiadomość o tym, że swoją najnowszą książką – Queen Esther – John Irving zabiera nas znów do sierocińca St. Clouds przyjęłam zatem z wielkim entuzjazmem. No bo kto nie lubi zajrzeć czasem do starych przyjaciół? Zwłaszcza, że to dla fanów amerykańskiego pisarza gratka dość niespodziewana – każda z jego dotychczasowych powieści była osobnym bytem i nigdy wcześniej nie doczekaliśmy się żadnego prequelu, sequelu ani spin-offu.

John Irving (źródło zdjęcia: https://john-irving.com/john-irving-bio/)

Jest wczesny wiek XX i w niewielkim miasteczku Penacook w New Hampshire Thomas i Constance Winslow z radością witają na świecie czwartą córkę, Honor. Niekonwencjonalni oraz liberalni (i bardzo oczytani) państwo Winslow mają szczególny zwyczaj – po narodzinach każdej z córek adoptują nastoletnią sierotę, która przez pierwsze lata pomaga w opiece nad dzieckiem (stając się częścią rodziny), a potem zostaje przez nich wysłana na studia. Aby znaleźć opiekunkę dla Honor państwo Winslow wybierają się do sierocińca St. Clouds – słyszeli o ekscentrycznym lekarzu, który prowadzi placówkę i zaintrygowała ich nie tylko jego praktyka zawodowa, ale również miłość do literatury. Pan Winslow – który wykłada literaturę w miejscowej szkole z internatem – jest szczególnie ciekawy człowieka, który ma zwyczaj czytać swoim sierotom do snu Dickensa. Pan Winslow również jest wyznawcą Dickensa.

Czternastoletnia Esther jest bystra, uparta, silna i samodzielna, a jej niekonwencjonalny sposób myślenia ilustruje, między innymi, fakt, że chce wytatuować sobie na piersiach cytat z Jane Eyre: „Im bardziej będę samotna, im mniej będę miała przyjaciół i oparcia, tym bardziej będę szanować siebie”. Poza tym Esther jest świadoma swojego żydowskiego pochodzenia i państwo Winslow trochę się martwią, że nie będą w stanie zapewnić jej wsparcia i edukacji jakich będzie potrzebowała do odkrycia swojej własnej drogi. No bo czego nieżydowska para może nauczyć żydowską dziewczynkę o jej dziedzictwie? Jak się wkrótce okazuje, ich obawy są zupełnie niepotrzebne – Esther doskonale poradzi sobie sama i znajdzie własną drogę sprawniej i szybciej niż większość jej rówieśników.

Postać Esther jest zatem naprawdę kapitalna i od momentu, kiedy wkracza na scenę, robi się bardzo ciekawie i obiecująco. Raczej nie mamy wątpliwości, że dziewczyna dokona w życiu jakichś wybitnych (i zagęszczających fabułę) rzeczy – więc czekamy z wyostrzonymi apetytami, zastanawiając się, co ona za chwilę nawywija. Tyle tylko, że właśnie wtedy w powieści Johna Irvinga dzieje się coś bardzo dziwnego: Esther znika ze sceny. A konkretniej: wyjeżdża do Izraela (są już lata powojenne) i skonsternowany czytelnik nagle uświadamia sobie, że to chyba jednak wcale nie ona jest główną bohaterką tej książki.

Rolę głównego bohatera przejmuje Jimmy – najmłodszy członek rodziny Winslow. Towarzyszymy mu na przestrzeni kilku dekad: od dorastania w domu dziadków (i przy stałej obecności Dickensa, karmiącego jego chłonną, dziecięcą wyobraźnię) przez studia w Wiedniu i szukanie własnego głosu, aż po lata twórczego rozkwitu. Bo Jimmy (oczywiście!) zostaje pisarzem i choć sam w sobie na pewno jest postacią całkiem udaną i budzącą sympatię – to jednak jako bohater nie ma nawet połowy tego potencjału, jaki wniosła ze sobą na początku książki Esther.

Sprawy nie ułatwia fakt, że o dalszych losach Esther dowiadujemy się tego i owego ze słanych przez nią regularnie do rodziny Winslow listów; nie mówi w tych listach wszystkiego (bo wiele jej poczynań objętych jest ścisłą tajemnicą), ale rozumiemy, że …stała się jedną z czołowych łowczyń nazistów w izraelskich służbach specjalnych! A w obliczu takiej informacji trochę trudno nie uznać, że Jimmy jako bohater może się schować i nie pomyśleć z żalem: „no, ale dlaczego to nie jest książka o Esther?”. Przecież to jest dokładnie ta historia, którą czytelnicy woleliby przeczytać!

Nie da się więc ukryć, że czuję się trochę oszukana: jak na książkę, która ma w tytule słowo „Esther”, zdecydowanie za mało tu Esther. Nie mogę powiedzieć, że najnowsza książka Johna Irvinga całkiem mi się nie podobała, bo przecież wciąż ma dużo na swoją obronę: świetny styl, mnóstwo ujmujących postaci czy charakterystyczny, subtelny humor z domieszką absurdu. Ale Queen Esther to zdecydowanie nie jest nawet w połowie tak dobra powieść jak Regulamin tłoczni win. Ani jak kilka innych irvingowych klasyków. Jeśli więc jakimś cudem jeszcze tego autora nie znacie, a chcielibyście poznać, to raczej nie zaczynajcie tutaj.

John Irving Queen Esther

Wydawnictwo Simon&Schuster 2025


Jeśli podoba Ci się nasz blog i chcesz nas wesprzeć, możesz postawić nam wirtualną kawę: buycoffee.to/naszanisza.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *