Groza codzienności, czyli „Siedem pustych domów” Samanty Schweblin
Siedem pustych domów – króciutki i niepozorny na pierwszy rzut oka tomik opowiadań argentyńskiej pisarki Samanty Schweblin – przy bliższym poznaniu okazuje się skrywać w sobie mrok, który zostaje z czytelnikiem na długo po doczytaniu do ostatniej kropki. I jest to mrok na jakimś poziomie oswojony, w którym – ku własnemu przerażeniu – z łatwością się odnajduję, jakbym po długiej nieobecności wróciła do miejsca, z którego już kiedyś próbowałam uciec. Groza czająca się w pozornie bezpiecznych ścianach domów i mieszkań; podskórny lęk i pustka codzienności, które niby można zagłuszyć, ale które i tak zawsze pozostaną tuż obok, na wyciągnięcie ręki.
Opowiadań Argentynki, jak obiecuje tytuł zbioru, jest siedem. I wszystkie osadzone są w jakiejś niepokojącej, opresyjnej przestrzeni, najczęściej będącej domem – choć niekoniecznie własnym. W otwierającym tomik opowiadaniu Nic z tych rzeczy matka z córką jadą samochodem do obcej dzielnicy, by wkraść się bezceremonialnie do cudzego domu z powodu jakiegoś osobliwego, trudnego do zrozumienia rytuału. W kolejnym, zatytułowanym Moi rodzice i moje dzieci narrator idzie odwiedzić dom, który jego była żona współtworzy z nowym mężczyzną, co uruchamia lawinę przedziwnych wydarzeń, z których najbarwniejszym są radosne ekscesy dwojga gołych staruszków w ogrodzie. Najdłuższe i najbardziej przejmujące z opowiadań – Jaskiniowy oddech – to przeraźliwie smutna historia starej kobiety o imieniu Lola, która próbuje spakować swoje życie do kartonów i przygotować się na śmierć. Codziennie kładąc się do łóżka ma nadzieję, że już się nie obudzi – i każdego kolejnego ranka jednak się budzi, wściekła i rozczarowana. Bardzo chciałaby umrzeć pierwsza, żeby zrobić na złość mężowi, do którego ma mnóstwo żalu i pretensji – o całe swoje nieudane życie, o lata zaniedbań i wykorzystywania. Więc niech chociaż śmierć będzie jej zemstą – niech to on będzie tym, który obudzi się obok martwego ciała. Niech to on ma kłopot. Ale śmierć, jak się okazuje, nigdy nie przychodzi na zawołanie i działa według własnego planu…
Historie utkane przez Samantę Schweblin pozostają nieoczywiste, potrafią nieźle zaskoczyć, a ich zakończenia czasem każą jeszcze długo zastanawiać się, co się właściwie wydarzyło. Tak jak w opowiadaniu Pechowiec, w którym ośmioletnia dziewczynka poznaje w poczekalni szpitala mężczyznę, który zabiera ją do centrum handlowego, żeby kupić jej nowe majtki. Brzmi groźnie – ale kiedy doczytamy do końca, wcale nie mamy pewności, czy ten człowiek aby na pewno był drapieżcą i kto właściwie jest w tej historii ofiarą. Nic nie jest czarno-białe, a szarość okazuje się mieć mnóstwo odcieni.
Pustka i samotność, które sączą się z opowiadań Samanty Schweblin są niemal namacalne, zalewają czytelnika falą, spod której ciężko się wydostać na powierzchnię. Moc tej prozy kryje się w sposobie obrazowania i języku – ten jest oszczędny, precyzyjny, a jednocześnie mocno działa na wyobraźnię, sprawnie maluje sceny, które jak żywe stają przed oczami. To naprawdę wspaniała proza: nieoczywista, refleksyjna, o potężnej sile rażenia. Proza, która wprawia czytelnika w głęboki dyskomfort i dezorientuje, zostawiając po sobie trwały ślad. Za polski przekład odpowiedzialny jest Tomasz Pindel, któremu naprawdę bezbłędnie udało się oddać atmosferę czającej się w tych pustych domach grozy.
Samanta Schweblin Siedem pustych domów
Tłumaczenie: Tomasz Pindel
Wydawnictwo Pauza 2025
Zobacz również
Z życia pisarki, czyli „Hotel dla twoich rzeczy” Joanny Jagiełło
03/08/2022
Mniej znane kolory tęczy. Recenzja książki „Felix Ever After. Na zawsze Felix” Kacen Callender
24/07/2021