Historia w poprzek czasu – „Korowód” Jakuba Małeckiego
Pierwsza część tego przedziwnego, niepokojącego wiru opowieści zabiera nas w odległą przeszłość, bo aż do XVI wieku. Jest środek mroźnej zimy i młody mężczyzna ucieka przez śniegi przed goniącymi go wierzycielami. Już-już zaczynamy się wkręcać w jego historię, kiedy ta nagle urywa się i Korowód zabiera nas w zupełnie inne miejsce i czas. Teraz towarzyszymy innemu młodemu mężczyźnie, Feliksowi, który w XIX wieku podróżuje przez wzburzony Bałtyk i pisze z podróży listy do swojej ukochanej Marianki. I już-już zaczynamy się wczuwać w tę historię, kiedy… tak jest, urywa się i przeskakuje w zupełnie inne miejsce i czas. Nagle jest początek XX wieku, a my czytamy pamiętnik młodej Barbary Brzozowskiej (późniejszej pisarki), która spędza lato na wsi, flirtuje z nauczycielem muzyki i dużo czyta – między innymi znalezione w bibliotece wujka listy Feliksa do Marianki. Lato dobiega końca, a my znów trafiamy do zupełnie innej historii – a właściwie do środka innej powieści (autorstwa Barbary Brzozowskiej), o romansie młodego geniusza matematycznego z dojrzałą pisarką. I dopiero, kiedy dotrzemy do ostatniej z pięciu opowieści – tej o dorastaniu późniejszego pisarza, Jakuba, w latach dziewięćdziesiątych – dowiemy się, o co w tym wszystkim właściwie chodzi, dostrzeżemy nić, która te historie ze sobą splata.

Lektura Korowodu to specyficzne, nieoczywiste doświadczenie. Momentami można poczuć, że brakuje nam tchu – wszystko dzieje się zbyt szybko, bohaterowie znikają z horyzontu zanim zdążymy się dowiedzieć, co właściwie chcieli nam przekazać, a w samym środku jednej historii znienacka wpadamy do kolejnej. Jest trochę tak, jakby to, co autor próbuje nam tu opowiedzieć biegło w poprzek czasu, nie pasowało do zasad linearnej narracji. A ten jeden dziwny, niepasujący element, który znajdujemy we wszystkich pięciu opowiadaniach, okazuje się kluczowy… i chyba mocno symboliczny. Bo przecież w gruncie rzeczy tym, co łączy poszczególnych bohaterów jest nie tyle ów konkretny element, co raczej pewne bolesne niedopasowanie, którego nie sposób ani wytłumaczyć ani wyleczyć. Jeden z bohaterów mówi o tym tak: „Czułem się – i do dziś tak się czuję – oszustem w tym świecie. Mam wrażenie, że za chwilę ktoś zorientuje się że ja to ja, że nie pasuję do tego, co przydarza mi się w życiu i że zostanie mi to odebrane”. Inny z kolei czuje, że język nijak się ma do tego, co chciałby przekazać, wyklucza go i uniemożliwia porozumienie: „Każde wypowiadane przez niego zdanie zdawało się odrobinę przesunięte w prawo lub w lewo wobec zdania, które w podobnej sytuacji powiedziałby na jego miejscu ktoś inny”. I zdaje się, że przez to niedopasowanie właśnie, przez tę trudną do zidentyfikowania i opowiedzenia szczelinę w rzeczywistości przechodzi ta dziwna i ciemna nić łącząca ze sobą ich historie.
Jakub Małecki tworzy znakomitą prozę, pisze językiem jednocześnie lekkim i mocnym, odartym z tego co zbędne, precyzyjnie trafiającym w punkt. Potrafi w kilku zdaniach naszkicować tak złożony pejzaż emocjonalny, że mniej wyrobionemu pisarzowi mogłoby to zająć pół rozdziału. Oto przykład – Barbara trafiona strzałą miłości od pierwszego wejrzenia na widok młodego matematyka: „Stałam tam, stare drzewo. Minęło kilka wieków, ludzkość skończyła się, świat spłonął, planety przestały krążyć, słońce zgasło w ciszy. Wiedziałam dokładnie, co założyłam na siebie dziś rano, ile mam lat, jakie wady charakteru i co lubię w swoim ciele. W ustach sucho”. Powieść pełna jest podobnych perełek, akapitów zaskakujących wachlarzem metafor i skojarzeń; pięknych, trafnych i nieoczywistych. Czytanie tej prozy to autentyczna, wytrawna przyjemność.
Trudno jednak nie wyjść z tej lektury z pewnym niedosytem – każda z tych historii ma potencjał na więcej, każda każe nam snuć domysły, co było dalej i co jeszcze się w niej kryje. Nie sposób nie zastanowić się, co by było gdyby: jak wybitna powieść mogłaby powstać, gdyby autor pozwolił wszystkim pięciu historiom wybrzmieć pełnym głosem. Nie zrozumcie mnie źle: książka Małeckiego jest naprawdę świetna. Ale prawdopodobnie mogłaby być arcydziełem.
Jakub Małecki Korowód
Wydawnictwo SQN, 2024
Zobacz również
Śląskie drogi Mirka Marcola – rozmowa o zbiorze wierszy „Sztuczne światło”
28/07/2023
Bez happy endu. O autobiografii Matthew Perry’ego „Przyjaciele, kochankowie i Ta Wielka Straszna Rzecz”
05/03/2024