Kryzys męskości? Recenzja książki „Ciało” Davida Szalaya
Akcja powieści Ciało Davida Szalaya rozpoczyna się na Węgrzech okresu transformacji. Nastoletni István mieszka z matką w ciasnym mieszkaniu na jednym z ponurych postkomunistycznych osiedli i dorastanie nie jest dla niego łatwe – kiepsko sobie radzi z kontaktami z rówieśnikami, a dziewczęta zupełnie nie zwracają na niego uwagi. Ale dojrzewające ciało ma swoje potrzeby. István wdaje się w skomplikowaną – emocjonalnie i seksualnie – relację ze znacznie starszą sąsiadką, co wkrótce uruchomi serię bardzo niefortunnych wypadków, które rzucą się długim cieniem na dalsze życie naszego bohatera. Kolejne lata przyniosą mu cały zestaw niełatwych doświadczeń (a będą wśród nich poprawczak, wojsko i front w Iraku), które nieraz będą kazały mu zastanawiać się, jak to możliwe, że ma tak niewielki wpływ na to, co mu się w życiu przytrafia.

Jakiś czas później István wyjeżdża do Wielkiej Brytanii, gdzie początkowo wiedzie dość typowe życie ubogiego wschodnioeuropejskiego imigranta… aż kolejny przedziwny splot wypadków – tym razem bardzo fortunnych – wprowadzi go do ekskluzywnych kręgów najbogatszej londyńskiej socjety. I zdumiony tym faktem István (a wraz z nim równie zdumiony czytelnik) znów będzie zastanawiał się, jak to możliwe, że ma tak niewielki wpływ na to, co mu się w życiu przytrafia…
Powieść Davida Szalaya od samego początku wyróżnia się przede wszystkim sposobem prowadzenia narracji. To nie jest linearnie napisana historia, która prowadzi nas od punktu A do punktu B. To raczej zbiór epizodów i scen, które pozwalają nam na chwilę zajrzeć do życia głównego bohatera na różnych jego etapach – towarzyszymy mu w ten sposób przez wiele dekad, mając wrażenie, że pozostajemy tylko bardzo odległymi widzami. Oszczędny w środki, minimalistyczny wręcz język pogłębia ten przedziwny, niekomfortowy dystans – w efekcie odkładając książkę miałam wrażenie, że wciąż nie udało mi się poznać Istvána (mimo że przecież właśnie przeczytałam całą historię jego życia).
Im dłużej jednak zastanawiam się nad tym, co tu się właściwie zadziało, tym bardziej dochodzę do wniosku, że ów dystans właśnie może być kluczem do zrozumienia powieści Szalaya. Nie mamy dostępu do świata wewnętrznych przeżyć i emocji głównego bohatera… bo on sam również nie ma do tego świata dostępu. István nigdy nie nauczył się rozpoznawać własnych uczuć, potrzeb ani żądz – co jest paradoksalne i tragiczne, biorąc pod uwagę fakt, jak bardzo rządzą one jego życiem. W efekcie facet zdaje się jechać przez własne życie na oślep, jak walec napędzany przez tłumione emocje, niekontrolowane wybuchy agresji i zwierzęce pożądanie – i zupełnie nic z tego wszystkiego nie rozumiejąc.

Trudno nie sięgnąć w tym momencie po sformułowanie, które pojawia się w większości omówień tej książki – czyli „kryzys męskości”. István jest uosobieniem tradycyjnie pojmowanej męskości, ofiarą wizerunku i oczekiwań, które nijak nie przystają do zmieniającego się świata. Wie, że ma być silny i twardy, nie okazywać uczuć, przenigdy nie płakać i zawsze umieć walczyć o swoje – ale pytanie o to, dlaczego tak właśnie powinno być nawet nie przychodzi mu do głowy. I prawdopodobnie nigdy nie przyjdzie, bo widać gołym okiem, że nie mamy tu do czynienia ze szczególnie refleksyjnym czy przebudzonym wewnętrznie egzemplarzem (a wręcz czasem można odnieść wrażenie, że obcujemy z półgłówkiem). Dobrze oddają to dialogi – István komunikuje się z otoczeniem w bardzo oszczędny sposób, rzadko wypowiadając na raz więcej niż kilka słów. Z kim by nie rozmawiał, jego wkład w konwersację polega głównie na bardzo irytującym powtarzaniu pytań czy stwierdzeń rozmówcy lub na zdawkowych odpowiedziach w rodzaju: „ok”, „tak”, „nie”, „nie wiem”. Nie ma co się łudzić – żadna głębsza refleksja raczej w tym umyśle nie zakwitnie…
Jednocześnie – mimo stereotypowych wartości przypisywanych męskości, którą uosabia – István pozostaje bohaterem zaskakująco biernym. Choć w pewnym momencie pozornie ma wszystko i osiąga społeczny i finansowy sukces, o jakim większość ludzi nawet nie ośmiela się marzyć, to zawdzięcza go przypadkowi, innym ludziom, znalezieniu się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie albo impulsywnym decyzjom, których konsekwencji sam nie rozumie. Zdaje się być gościem we własnym życiu, przypadkowym ciałem wrzucanym w kolejne sytuacje i wydarzenia. Można chyba powiedzieć, że nasz bohater jest raczej antybohaterem – nie posiada żadnych cech, które napędzałyby akcję i rzeczy po prostu mu się przytrafiają, jakby bez jego udziału.
Jest w historii Istvána dużo tragizmu, który w zaskakujący sposób uwypukla się poprzez jego brak refleksji. Skoro sam bohater nie rozmyśla nad swoim życiem i narracja również nie podsuwa żadnej pogłębionej refleksji, czytelnik musi sam zastanowić się nad tym, co właściwie ta historia ma do powiedzenia o współczesnym świecie i człowieku. Pod tym względem Ciało pozostaje jedną z tych powieści, których znaczenie i wartość rosną po lekturze – im dłużej o niej myślę, tym więcej warstw odkrywam pod powierzchnią tej prostej i oszczędnej z pozoru prozy.
David Szalay Ciało
Tłumaczenie: Dobromiła Jankowska
Wydawnictwo Pauza 2026
Włóczykij i rozmowa o pracę (fanfik)
Zobacz również
Rebecca Makkai „Wierzyliśmy jak nikt” – Ballada o odrzuconych
28/04/2020
„Kirke” Madeline Miller – feministyczna aktualizacja mitologii
04/03/2021