film,  filmy i seriale

Kupiec i emancypantka, czyli kilka przemyśleń o serialowej „Lalce”

Ponieważ reżyser (Paweł Maślona) jest millenialsem, a za całą sprawą stoi Netflix, z założenia miało być odważnie, współcześnie i atrakcyjnie. Ciekawie, inaczej, z rozmachem i pomysłem. Na pewno nie konserwatywnie. Ani wiernie. Ani zachowawczo. Nie oszukujmy się: serialowa Lalka miała zaskoczyć, namieszać, oburzyć i podzielić odbiorców – i chyba wszyscy na to właśnie czekaliśmy, prawda? Bo tradycyjnie to już przecież było (i prawdopodobnie jeszcze będzie – w dodatku całkiem niedługo). A zresztą, nie od tego jest Netflix.

Serial Pawła Maślony dość swobodnie traktuje literę oryginału. Punkt wyjścia jest wprawdzie taki sam jak w powieści Prusa (Wokulski wraca do Warszawy z wojny, z cudownie pomnożonym majątkiem i postanawia zdobyć kobietę, która nim ewidentnie gardzi), ale z tego punktu wyprowadza historię zupełnie nową, świeżą i pełną zaskakujących zwrotów akcji. Historię, w której nie zabraknie seksu, narkotyków, hazardu a nawet… morderstwa. Historię, która odważnie bawi się konwencją i oczekiwaniami gatunkowymi (trochę to melodramat kostiumowy, trochę serial kryminalno-detektywistyczny), a dobrze znanych z kart powieści bohaterów przedstawia w całkiem nowym świetle. I tak Izabela będzie tu emancypantką, stary Łęcki – zdziecinniałym alkoholikiem, a Rzecki – rozbrajająco czułym kochankiem. I żeby się dowiedzieć, co z tego wyniknie, będziemy musieli obejrzeć serial do samego końca. Bo znajomość powieściowej Lalki raczej w niczym nam tu nie pomoże.

Jest na kogo popatrzeć

Aktorsko jest dobrze – a nawet bardzo dobrze. Tomasz Schuchardt pasuje do roli Wokulskiego, jakby specjalnie dla niego została napisana, a Sandra Drzymalska to Izabela nowej generacji: nie tylko (jak u Prusa) zimna i wyrachowana, ale też zaskakująco oświecona i zaangażowana w sprawę, w którą wierzy (to może być zresztą jedno z moich największych zaskoczeń w tym serialu: że taką Izabelę nawet da się lubić). Ale chyba najciekawsze rzeczy zadziały się na drugim planie, gdzie znajdziemy wątki i postaci, które kradną show. Wcielający się  w Rzeckiego Dariusz Chojnacki początkowo jest sympatycznym fajtłapą, a potem nagle dostaje tak fajny wątek romantyczny, że ciężko mu nie kibicować (serio: jeśli ktoś w tym całym zamieszaniu zasługuje na happy end, to właśnie on!). W dodatku fenomenalna jest dynamika relacji Wokulski-Rzecki – zdecydowanie „kupuję” to ich przaśne kumpelstwo, napędzane nieokiełznaną i nieco cwaniacką energią.

Natomiast Maria Kania w roli służącej Marianny jest cudownie zadziorna, trochę niepoprawna i bardzo zabawna – to postać, która wprowadza do serialu jakże potrzebny komiczny przerywnik (a momentami też makabryczny…). No i jest jeszcze Jacek Braciak, kapitalny jako Tomasz Łęcki – momentami śmieszny do łez, chwilę później kompletnie żałosny, a przy tym do bólu ludzki, zagubiony, uwięziony w matni nałogu i od początku przegrany w swojej samotnej walce. Tę plejadę uzupełniają: Piotr Adamczyk jako hrabia Krzeszowski, Magdalena Cielecka jako pani Wąsowska i Julia Wyszyńska jako Florentyna. Zdecydowanie jest na kogo popatrzeć!

Orzeszkowa w uniwersum Prusa

Jak dla mnie najbardziej pomysłowym i najodważniejszym zabiegiem twórców serialu okazało się wplecenie w fabułę wątków emancypacyjnych, perypetii i problemów redakcji legendarnego Bluszczu (był to tygodnik kobiecy wydawany w Warszawie od 1865 i prezentujący program emancypacji kobiet) oraz postaci samej Elizy Orzeszkowej (podziwu godny crossover!). Oczywiście, że u Prusa nie było o tych wszystkich rzeczach ani słowa – ale przecież dzięki nim robi się znacznie ciekawiej i głębiej, a kobieca część historii społecznej doczekuje się należnego jej miejsca i czasu ekranowego. Historycznie wszystko się przecież zgadza: dziewiętnastowieczne sufrażystki walczyły o prawa kobiet i organizowały wiece, Bluszcz trafiał na salony i pod strzechy, a Orzeszkowa chodziła po świecie, pisała i prowadziła wykłady – więc dlaczego Izabela Łęcka miałaby na któryś z nich nie zawędrować i nie doznać w jego trakcie feministycznego oświecenia?

Wychodzenie Izabeli z własnej strefy komfortu, z wygodnej nieświadomości, w której tkwi od dziecka z racji uprzywilejowanego urodzenia to naprawdę miła odmiana od powieściowego pierwowzoru. Dzięki spotkaniom z emancypantkami, które podziwia – i które początkowo dość pobłażliwie traktują znudzoną arystokratkę w falbankach – Łęcka zaczyna kwestionować porządek społeczny i swoje własne miejsce w świecie. Bo przecież, mimo że pozornie ma wszystko, to w rzeczywistości niewiele może – i dopiero uświadomienie sobie tego faktu każe jej zadać sobie pytanie o to, czego właściwie chciałaby od życia. W pustej i ślicznej główce książkowej Izabeli takie pytania nigdy nie miały szansy zakwitnąć – a szkoda. Bo okazuje się, że Izabela kwestionująca ma znacznie więcej do zaoferowania i wyraźnie wzbogaca fabułę.

Dialog z przeszłością

Wydaje mi się, że każda nowa ekranizacja czy adaptacja klasycznego dzieła jest jakąś próbą nawiązania dialogu z przeszłością (a może z autorem?), przełożeniem znanej historii na współczesny język filmowy i przepuszczeniem jej przez dzisiejszą wrażliwość. Jeszcze lepiej, jeśli przy okazji uda się opowiedzieć coś o współczesności, odsłonić jakąś prawdę o nas samych. Co zatem mówią o nas twórcy serialowej Lalki w tym dialogu z Bolesławem Prusem? Jak dziś rozumiemy tematy, wokół których zbudował swoje monumentalne dzieło: kapitalizm, wykluczenie klasowe, nierówności społeczne i ekonomiczne? Czy odróżniamy miłość od obsesji? Czy akceptujemy transgresję – społeczną, kulturową, moralną? No i co dziś zrobimy z tym Wokulskim?

Zostawię Was z tymi pytaniami, bo odpowiedzi jeszcze do końca nie ułożyły mi się w głowie. Ale wiem jedno – szum wokół tej produkcji pokazuje, że raczej jesteśmy na ten dialog gotowi.


Jeśli podoba Ci się nasz blog i chcesz nas wesprzeć, możesz postawić nam wirtualną kawę: buycoffee.to/naszanisza.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *