Ma miejscu Emily Brontë przewracałabym się w grobie, czyli rant na „Wichrowe Wzgórza” Emerald Fennell
Kilka miesięcy po kinowej premierze obejrzałam wreszcie adaptację Wichrowych Wzgórz Emerald Fennell i ze śmiechu o mało co nie spadłam z krzesła. Gdybym miała jednym zdaniem wyrazić, co myślę, powiedziałabym tak: reżyserka albo w ogóle nie czytała książki albo zapamiętała z lektury wyłącznie własne fantazje seksualne na temat Heathcliffa.
Na szczęście nikt nie każe mi ograniczać się do jednego zdania, więc mogę tu spokojnie wylać wszystkie swoje żale, od razu na wstępie ostrzegając Szanownych Czytelników, że po pierwsze – będą w tym tekście spojlery, a po drugie – film nie podobał mi się nic a nic.
To nie romans

Zacznijmy od podstaw. Wichrowe Wzgórza – o czym prawdopodobnie wie każdy, kto kiedykolwiek zadał sobie trud przeczytania książki – to nie jest żaden romans. To ciężka, ciemna, trudna i brutalna historia o przemocy, zemście i dziedziczonej traumie oraz o bardzo toksycznym człowieku, który z premedytacją i zimnym okrucieństwem niszczy życie dwóm pokoleniom ludzi w dwóch rodzinach. Jakimś tajemniczym sposobem, w czasach, kiedy nikt przecież nie miał takiego dostępu do wiedzy psychologicznej, jaki mamy dziś, Emily Brontë zdołała zaobserwować, zrozumieć i wnikliwie opisać, jak powstaje toksyk i jak rodzi się zło. Rozumiemy więc, jak i dlaczego od dziecka upokarzany Heathcliff, targany ciemną i niespełnioną miłością do niedostępnej dla niego Cathy, zamienia się w bezwzględnego tyrana, dla którego nie ma w tej historii żadnej nadziei ani ratunku. Tak, jak nie ma nadziei ani ratunku dla jego ofiar – czyli praktycznie wszystkich członków dwóch rodzin mieszkających odpowiednio w Wichrowych Wzgórzach i Drozdowym Gnieździe: Earnshawów i Lintonów. W efekcie prawie wszyscy umierają tu przedwcześnie i nieszczęśliwie. Kurtyna.
Trudny i bogaty materiał

Widać więc, że materiał wyjściowy jest bardzo bogaty i czytając Wichrowe Wzgórza dziś, naprawdę dużo można z tej lektury wyciągnąć. Emily Brontë zostawiła po sobie książkę niełatwą, wielowarstwową i dość kontrowersyjną z punktu widzenia swoich współczesnych (XIX-wieczni krytycy raczej odradzali czytelnikom lekturę). Nie mam wątpliwości, że gdyby spojrzeć na ów trudny i surowy materiał przez pryzmat tego, co mamy dziś najcenniejszego: wiedzy psychologicznej oraz świadomości feministycznej i klasowej, można by stworzyć ekranizację wybitną. Niestety, Emerald Fennell nie zrobiła żadnej z tych rzeczy. Zamiast tego spłyciła całą historię do poziomu średnio ciekawego romansu, ociekającego nachalną i dość żenującą symboliką seksualną (te wszystkie palce wkładane w rozbite jajka albo w rybi pysk…).
Gdzie jest fabuła i reszta bohaterów?
Brytyjska reżyserka podkreśla w wywiadach, że jej film ma być nie tyle wierną adaptacją, co raczej luźną wizją opartą o wrażenia z lektury – ale czy w takim wypadku nie należałoby nadać produkcji innego tytułu? Bo jak na film zatytułowany Wichrowe Wzgórza jest tu zdecydowanie zbyt mało fabuły rzeczywistych Wichrowych Wzgórz: brakuje połowy bohaterów (nie ma, na przykład, postaci Hindleya – brata Cathy i głównego prześladowcy Heathcliffa), a akcja urywa się w połowie całej historii (Cathy umiera, Heathcliff płacze i koniec imprezy, podczas gdy Emily Brontë napisała przecież jeszcze pół powieści, w której dorosło – i częściowo wymarło – kolejne pokolenie bohaterów). Nawet jeśli ma to być bardzo (bardzo!) luźna wizja oparta o wrażenia z lektury, to trudno nie dojść do wniosku, że Emerald Fennell musiała czytać wyjątkowo nieuważnie.

Żeby nie było – ja naprawdę rozumiem, że jeśli po raz pierwszy czyta się Wichrowe Wzgórza w pacholęctwie, będąc egzaltowaną nastolatką, to można się niechcący trochę zadurzyć w Heathcliffie. Facet jest przystojny, posępny i niebezpieczny, a przy tym tak szaleńczo zakochany w swojej Cathy, że mógłby dla niej podpalić cały świat i śmiać się okrutnie, patrząc jak płonie. Która nastolatka nie marzy w głębi ducha o tym, żeby ktoś ją kiedyś tak pokochał? Serio – rozumiem to stanowisko. Nie rozumiem jednak, po co zostawać na tym poziomie odbioru w dorosłym życiu (zwłaszcza twórczym), skoro powieść ma o tyle więcej do zaoferowania. A Emerald Fennell ewidentnie tam właśnie została i zamiast czerpać pełnymi garściami z bogatego materiału, który zostawiła Emily Brontë, opowiada nam tu o jakichś swoich młodzieńczych fantazjach i egzaltacjach.
Problem z Izabelą

Postacią, którą reżyserka skrzywdziła chyba nawet bardziej niż sam Heathcliff, bez dwóch zdań pozostaje w tym filmie Izabela. Przypomnijmy: Izabela Linton jest siostrą Edgara (męża Cathy) i Heathcliff żeni się z nią tylko po to, żeby zemścić się za „kradzież” ukochanej. W powieści już od pierwszych chwil trwania tego małżeństwa Heathcliff bije i upokarza Izabelę i ani na chwilę nie pozwala jej zapomnieć o tym, jak bardzo nią gardzi. Wydawać by się mogło, że już po niej, kiedy nagle Emily Brontë decyduje się na krok niespodziewany, odważny i wręcz precedensowy w dziewiętnastowiecznej literaturze: każe Izabeli spakować manatki i uciekać do Londynu. Szczerze mówiąc nie wiem, czy potrafiłabym przywołać wiele dziewiętnastowiecznych bohaterek literackich, którym udało się (skutecznie!) uciec od przemocowego faceta – i już tylko za ten fakt należą się autorce kwiaty, wieńce i wyrazy uznania. Przecież Izabela aż prosi się o współczesną, feministyczną reinterpretację, która jakoś uwypukli i doceni jej wyczyn! A co zrobiła z tą tragiczną i odważną postacią Emerald Fennell? Zamieniła ją w karykaturę, która… lubi BDSM. Dlaczego, pani, dlaczego?! Na miejscu Emily Brontë przewracałabym się w grobie...
Wszystko ślicznie
Mimo wszystkich moich zażaleń i wewnętrznego sprzeciwu, jednego filmowi Emerald Fennell odebrać nie sposób: bez wątpienia jest bardzo atrakcyjny wizualnie (pomijając może te rozbite jajka i rybie pyski). Estetycznie może się podobać. A wręcz trudno, żeby się nie podobał: są piękni ludzie w pięknych kostiumach, są imponujące wnętrza i jest dramatyczna sceneria w tle. Są chmury pędzące po niebie, są gwałtowne burze i bardzo mokrzy ludzie całują się w deszczu jak opętani. Jest również seks.
No wszystko ślicznie, doprawdy.
Tylko czy trzeba było dla takiego taniego efektu zarżnąć arcydzieło?
Jeśli podoba Ci się nasz blog i chcesz nas wesprzeć, możesz postawić nam wirtualną kawę: buycoffee.to/naszanisza.pl
Zobacz również
Wybryki fińskiego farmera, czyli recenzja filmu „The Grump: In Search of an Escort”
09/04/2023
Smutek detektywa czyli „Duchy w Wenecji”
22/09/2023