film,  filmy i seriale

Obraz gładki i niezbyt prawdziwy, czyli recenzja filmu „Michael”

Jest rok 1964 i w mieście Gary w stanie Indiana, w domu despotycznego Josepha Jacksona (Colman Domingo) powstaje zespół The Jackson 5, złożony z jego pięciu synów. Kilkuletni Michael (Julian Valdi) jest najmłodszym członkiem grupy, a jego niezwykły głos to jeden z największych i  najbardziej wyrazistych atutów rodzinnej kapeli. Michael lubi występować z braćmi – ale jednocześnie jest tylko dzieckiem i narzucony przez ojca reżim prób i występów bywa dla niego wyzwaniem ponad siły. Czasem wolałby po prostu być jak inne dzieci…

Bezwzględny i antypatyczny Joseph – domowy tyran i przemocowiec – czuwa nad powodzeniem przedsięwzięcia, które sam zainicjował i od którego nie zamierza odstąpić. To on zresztą jest największym „czarnym charakterem” tej historii i raczej od samego początku rozumiemy, z kim mamy do czynienia – z zakompleksionym, mocno sfrustrowanym facetem, próbującym rekompensować własne niepowodzenia kosztem swoich dzieci. Potrzeby, marzenia i dobrostan tych samych dzieci, które mają odnieść dla niego wielki, komercyjny sukces, tak naprawdę zupełnie go nie interesują.

Prawdziwy problem pojawia się w momencie, kiedy dorosły już (ale wciąż bardzo młody) Michael (Jafaar Jackson) postanawia rozpocząć karierę solową. Bezduszny rodzic zrobi, co będzie w jego mocy, żeby mu tę karierę utrudnić – i tym sposobem ta od początku trudna relacja zrobi się jeszcze trudniejsza.

I na tym właśnie, czyli na toksycznej relacji ojca i syna, oparta jest oś fabularna i emocjonalny punkt ciężkości całego filmu. Co samo w sobie nie jest złym pomysłem i daje widzom całkiem przyzwoity wgląd we wczesne etapy życia i kariery króla popu. Smaku dodaje fakt, że obaj aktorzy wcielający się w główne role: Jafaar Jackson (prywatnie bratanek Michaela Jacksona – stąd tak uderzające podobieństwo) i Colman Domingo robią naprawdę świetną robotę i z dużym rozmachem i wyczuciem oddają emocjonalną złożoność swoich bohaterów i ich interakcji. W efekcie śledzimy ich historię z autentycznym przejęciem i napięciem.

Tyle tylko, że jak na film, który miał ponoć być „biograficzny”, to wszystko, niestety, trochę mało. Michael nie przedstawia całej biografii Michaela Jacksona – historia kończy się w roku 1988, a więc w momencie ogromnego triumfu (koncert z trasy Bad w Londynie) i przed pojawieniem się jakichkolwiek kontrowersji, które dziś z jego nazwiskiem kojarzymy. Nie da się nie zauważyć, że ktoś – najprawdopodobniej wciąż bardzo liczna i bardzo żywa rodzina – czuwał nad tym, żeby twórcy filmu przypadkiem nie opowiedzieli za dużo. Rezultat jest taki, że ciężko wyjść z kina bez poczucia pewnego niedosytu, a za to z przekonaniem, że oto zobaczyliśmy obraz nieco wyidealizowany, mocno okrojony i starannie wygładzony. Czyli, krótko mówiąc, niezbyt prawdziwy.

Na szczęście jest jeszcze muzyka, która momentami zdaje się ratować tę produkcję, przypominając widzom, po co w ogóle do tego kina przyszli. Miał być film muzyczny – i rzeczywiście jest film muzyczny, ze znakomicie odtworzonymi koncertami, niepowtarzalnym głosem piosenkarza, kulisami powstawania jego największych hitów i nawet bezbłędnie odwzorowanym moonwalkiem. Jeśli zatem coś udaje się filmowi zrobić na sto procent, to właśnie przypomnieć nam, dlaczego właściwie Michael Jackson stał się ikoną i legendą.

W moim odczuciu Michael na pewno nie jest filmem całkiem złym… ani też całkiem dobrym. Jest filmem ostrożnym i zachowawczym, który raczej nie powie niczego nowego o królu popu ani nie wniesie niczego ciekawego do publicznej dyskusji. Ogląda się go za to naprawdę przyjemnie. A słucha jeszcze przyjemniej.

Ale czy to wystarczy?


Jeśli podoba Ci się nasz blog i chcesz nas wesprzeć, możesz postawić nam wirtualną kawę:  buycoffee.to/naszanisza.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *