film,  filmy i seriale

Przyjaźń i ośmiornica, czyli recenzja filmu „Niezwykle szlachetne stworzenia”

Książka Shelby Van Pelt Niezwykle szlachetne stworzenia jakieś trzy lata temu święciła triumfy na szczytach list bestsellerów – ale jej fenomen nieco minął się z moim gustem i po lekturze nie bardzo byłam w stanie zrozumieć cały ten hype. No owszem, historia przyjaźni starszej pani sprzątającej oceanarium z ośmiornicą z akwarium wydała mi się sympatyczna, a sam pomysł niebanalny – ale już konstrukcja powieści pozostawiała, w moim odczuciu, sporo do życzenia. Ślimacze tempo, mnóstwo niepotrzebnych dłużyzn i dość topornie posklejana fabuła sprawiły, że odkładałam książkę z obojętnym wzruszeniem ramion i myślą, że szału nie ma, niestety.

A tu trzy lata później wielka niespodzianka. Netflix właśnie wyprodukował film na podstawie powieści Shelby Van Pelt i okazało się, że Niezwykle szlachetne stworzenia to jedna z tych historii, które na ekranie wypadają znacznie lepiej niż na papierze. Reżyserka Olivia Newman bardzo umiejętnie przekłada ją na język filmu, tworząc obraz, który nie tylko przekonuje, ale także wzrusza, bawi i otula ciepłą atmosferą.

Tove (Sally Field) po dwóch poważnych życiowych stratach – śmierci syna i męża – raczej unika towarzystwa i woli izolować się od świata i ludzi; mieszka sama i pracuje na nocnej zmianie jako sprzątaczka w oceanarium. Mimo skorupy, do której Tove uparcie chowa się przed życiem, widzimy doskonale – i Sally Field świetnie to oddaje – że jest ona ciepłą, mądrą i dobrą osobą, która ma światu mnóstwo do zaoferowania. I że są w jej otoczeniu osoby, które bardzo by skorzystały na jej wyjściu z tej skorupy.

Któregoś dnia w oceanarium pojawia się Cameron (Lewis Pullman) – pogubiony młody muzyk, który przyjechał do miasteczka w poszukiwaniu swoich korzeni. Cameron bardzo potrzebuje pracy, a lekko kontuzjowana Tove bardzo potrzebuje zastępstwa… i choć współpraca na początku nie układa się najlepiej, wkrótce rozwija się między nimi przepiękna więź, która pomoże obojgu zaleczyć dawne rany. Szczególną rolę w pogłębianiu tej relacji odgrywa jeden z mieszkańców oceanarium – starutka ośmiornica o imieniu Marcellus. To Marcellus właśnie cierpliwie wysłuchuje historii, bolączek i skarg naszych bohaterów, a nieprzeciętna wrażliwość i inteligencja pozwalają mu dodać do siebie te elementy większej układanki, których ludzie nie są w stanie dostrzec w swoim gatunkowym ograniczeniu (Marcellus ogólnie nie ma zbyt wysokiego mniemania o homo sapiens). To akurat ciekawy (i zaczerpnięty prosto z książki) zabieg – Marcellus od czasu do czasu przejmuje funkcję narratora, żeby skomentować zachowania bohaterów i opowiedzieć część historii z własnej, nietypowej perspektywy.

Odtwórcy głównych ról (tych ludzkich) robią naprawdę dobrą robotę i zdają się rzeczywiście dopasowani do swoich postaci, znakomicie oddając na ekranie cały wachlarz ich trudnych emocji. Surowa, krucha autentyczność, którą udaje im się odsłonić przed sobą nawzajem może być głównym źródłem tak pełnego zgrania tego nieoczywistego duetu.

Jednym z największych atutów filmu Olivii Newman jest jego wizualna atrakcyjność. Akcja rozgrywa się w fikcyjnym nadmorskim miasteczku Sowell Bay, które jest spokojne, sielskie, ujmująco malownicze i urokliwie położone – tak, że aż nie chce się odrywać od niego wzroku. Wisienką na torcie tej produkcji są przepiękne sceny podwodne, które mamy okazję podziwiać, kiedy Marcellus opowiada nam fragmenty swojej historii – są one wprawdzie tylko dodatkiem, ale pozwalają na chwilę zajrzeć w głąb tego fascynującego świata i przypomnieć sobie, jak niewiele wciąż o nim wiemy. Przecież gdzieś tam, głęboko w odmętach oceanu toczy się życie pełne cudów, stworzeń i barw, o których się nie śniło naszym filozofom…

Niezwykle szlachetne stworzenia to bardzo piękny i bardzo wzruszający film o bardzo smutnych ludziach, którzy dzięki nieoczekiwanemu spotkaniu na nowo odkrywają w sobie nadzieję. To nieco sentymentalna, ale przy tym udana i uniwersalna historia o samotności, bólu, stracie i życiowych zakrętach i mieliznach, z których czasem tak trudno się wygrzebać.

I o tym, że przecież zawsze jest jeszcze jakieś dalej – mimo wszystko.


Jeśli podoba Ci się nasz blog i chcesz nas wesprzeć, możesz postawić nam wirtualną kawę: buycoffee.to/naszanisza.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *