Rozpustnik i Kopciuszek, czyli o czwartym sezonie „Bridgertonów”
Jest prawdą powszechnie znaną, że w Bridgertonach – pięknym serialu o pięknych ludziach w pięknych kreacjach – generalnie chodzi o to, żeby każde z ośmiorga dzieci Lady Violet Bridgerton (Ruth Gemmel) znalazło wielką miłość i wzięło z tą miłością ślub. Pewnie, że możemy doceniać (albo i nie) inne wątki, intrygi i zabiegi, którymi tak sprawnie żonglują twórcy netfliksowego hitu, cieszyć oko i ucho nieoczywistymi kombinacjami stylów, mód i dźwięków, wyłapywać kulturowe nawiązania i delektować się subtelnym humorem, no ale nie oszukujmy się – w ostatecznym rozrachunku Bridgertonowie to jest romans. A wręcz cała seria romansów. Więc tak naprawdę chodzi tam głównie o to, żeby żyli razem długo i szczęśliwie.

W czwartym sezonie przyszła kolej na Benedicta (Luke Thompson) – drugiego licząc od początku alfabetu (tak, dzieci Lady Violet są ponazywane alfabetycznie od A do H, co w sumie znacznie ułatwia widzowi sprawę) z rodzeństwa Bridgertonów. Jako drugi syn, na którym nie ciąży już ta sama odpowiedzialność i oczekiwania, pod jarzmem których uginał się w pierwszych sezonach nieszczęsny Anthony (Jonathan Bailey), Benedict mógł dotychczas migać się od konieczności ożenku – i trzeba przyznać, że robił to dość spektakularnie. Liczne romanse (z kobietami i mężczyznami), balangi aż po świt i kontakty z artystyczną bohemą Londynu przyprawiły mu łatkę rozpustnika i hulaki. Jednocześnie Benedict pozostawał dotąd jednym z najciekawszych bohaterów drugoplanowych – tym, który pozwalał nam na chwilę zajrzeć na obrzeża tej eleganckiej, dystyngowanej socjety; do jej tawern, lupanarów, buduarów co bardziej wyzwolonych dam i do pracowni artystów. Tym najbardziej otwartym – umysłowo i seksualnie – z Bridgertonów, który pokazywał, co może się zadziać, kiedy wybrzmią już ostatnie dźwięki walca i pogasną światła sal balowych – jeśli, oczywiście, znajdzie się towarzystwo chętne zrzucić z siebie ograniczenia norm społecznych i gorsety (dosłownie i w przenośni).

Teraz jednak nadchodzi nieubłagany kres rozpusty, bo oto i tego wolnego ducha trafia wreszcie strzała miłości. Pewnego wieczoru spóźniony Benedict wpada na bal maskowy zorganizowany w jego własnym domu przez jego własną matkę i widzi na nim tajemniczą Srebrną Damę (Yerin Ha) – dziewczynę, która z miejsca wydaje mu się inna niż większość nudnych i przewidywalnych panien na wydaniu, z którymi miał dotąd do czynienia. Po wymianie kilku zdań i jednego nieśmiałego pocałunku Benedict bardzo chce wreszcie poznać imię i twarz tajemniczej damy, ale ta o północy znika, nie ujawniając jednego ani drugiego.
Jeśli ten bieg wydarzeń brzmi wam podejrzanie znajomo, to właśnie tak miało być – bo historia Benedicta i Srebrnej Damy jest swego rodzaju wariacją na temat Kopciuszka. Uciekająca dama nie gubi wprawdzie pantofelka, tylko rękawiczkę, ale poza tym wszystko raczej się zgadza – na co dzień dziewczyna jest wykorzystywaną bezwzględnie służącą w domu okropnej macochy (Katie Leung) i zakradła się na bal u Bridgertonów w pożyczonych ciuchach, udając kogoś, kim nie jest. Tak więc kiedy Benedict spotka ją ponownie, nie będzie miał szans jej rozpoznać – bo przecież nie przyszłoby mu do głowy szukać swojej tajemniczej damy w szeregach służby…

Pomysł na fabułę jest więc bardzo przyzwoity i świetnie współgra swoją baśniową proweniencją z całą otoczką fantastycznego, kwiecistego i efektownie nierealnego świata Bridgertonów. Problem w tym, że z tego mocnego punktu wyjścia kiełkuje romans… w najlepszym wypadku letni. A momentami wręcz zwyczajnie nudny. I trochę trudno powiedzieć, czego właściwie temu romansowi zabrakło. Chemii między bohaterami? Dramaturgii? Czy może zwyczajnie ciekawszego scenariusza? Piszę to z autentycznym żalem, ale historia Benedicta i jego wybranki porządnie mnie znudziła i zostawiła z myślą, że w sumie jest mi trochę obojętne, jak to wszystko się skończy. I że przecież Benedict miewał już wcześniej znacznie bardziej płomienne i ciekawsze romanse (patrz: Lady Tilley Arnold, w którą w trzecim sezonie wcieliła się Hannah New).
Na szczęście w tle dalej toczą się historie rozpoczęte w poprzednich sezonach i rozwijają się postaci, których los żywo mnie interesuje. Na czele z Penelope (Nicola Coughlan), oczywiście – bez dwóch zdań najciekawszą bohaterką całej serii. Dobrze jest zobaczyć ją w tej nowej odsłonie: jako sytą, szczęśliwą, zadowoloną z życia kobietę, coraz pewniej poruszającą się po terenach imperium, które sama zbudowała (czy może raczej: sama napisała), wreszcie jawnie i odważnie korzystającą z talentu i docenianą za własne dokonania. Na taką Penelope czekałam!
Z równym entuzjazmem reaguję na każde wkroczenie na scenę zadziornej i niepokornej Eloise (Claudia Jesse), choć tej postaci towarzyszy akurat pewien niedosyt. Widać gołym okiem, że dziewczyna ma ogromny potencjał, inteligencję i błyskotliwość i aż tupie nóżkami w oczekiwaniu na możliwość rozwinięcia skrzydeł. Wszyscy wiemy, że ona te skrzydła ma – niechże więc scenarzyści pozwolą jej wreszcie pokazać, co potrafi, na litość boską! Bo jak tylko siedzi, ironizuje i czeka, aż ktoś poda jej na tacy jakąś szansę, to mam wrażenie, że marnuje się jedna z najlepiej napisanych bohaterek całej serii.

Szczególnie miłym zaskoczeniem okazały się dla mnie w tym sezonie jeszcze trzy wątki drugoplanowe. Pierwszy to historia Lady Violet, której relacja z Lordem Marcusem Andersonem (Daniel Francis) przyspieszyła i nabrała rumieńców. Pani Bridgerton weszła w ten romans z tak uroczą mieszanką entuzjazmu, niepewności i niemal dziewczęcej płochliwości, że naprawdę trudno było przestać się uśmiechać, obserwując jej poczynania. Drugi udany wątek to przyjaźń Lady Danbury (Adjoa Andoh) i Królowej Charlotte (Golda Rosheuvel), która z kolei weszła w fazę wyraźnego kryzysu, ujawniając pokłady skrywanych przez całe dekady niedopowiedzeń i dość jednostronnych kompromisów. Od początku sezonu wiemy, że coś tu się musi przewartościować, żeby ta przyjaźń mogła trwać. I po trzecie wreszcie: wątek introwertyczki par excellence, Francesci, która z oczywistych względów jest szczególnie bliska mojemu serduszku (jestem pewna, że niejedna introwertyczka odnajdzie się w tej postaci). Choć jej historię spowił mrok, to bardzo jestem ciekawa, co dziewczyna zrobi dalej. Bo ona również ma ogromny potencjał, nawet jeśli na pierwszy rzut oka nie wydaje się on szczególnie spektakularny.
Słowem – jak dla mnie zdecydowanie jest po co dalej Bridgertonów oglądać, nawet jeśli główna para sezonu ani mnie ziębi ani grzeje. Twórcy serialu zbudowali całe uniwersum, w którym puszczone wcześniej w ruch historie toczą się własnym rytmem i w którym mam już całkiem pokaźne grono faworytów. Oczywiście, że będę niecierpliwie czekać na kolejny sezon.
Jeśli podoba Ci się nasz blog i chcesz nas wesprzeć, możesz postawić nam wirtualną kawę: buycoffee.to/naszanisza.pl
Zobacz również
Flirty i dramaty w szwedzkim wydawnictwie – o drugim sezonie serialu „Miłość i Anarchia”
28/07/2022
Tutaj się nie da żyć. Recenzja filmu „Hiacynt” w reżyserii Piotra Domalewskiego
17/10/2021