Rybacka wioska i tęczowa obywatelka. O filmie „Ljósvikingar” („Odd Fish”) Snævara Sölviego Sölvasona
Mała rybacka wioska, gdzieś na krańcach Islandii. Dwaj przyjaciele w średnim wieku – Hjalti (Björn Jörundur) i Björn (Arna Magnea Danks) – którzy znają się od dziecka, prowadzą razem sezonową restaurację z rybami i owocami morza. Choć bardzo się od siebie różnią – charakterami, temperamentem i upodobaniami – to lata wspólnej pracy nauczyły ich współgrać ze sobą i dobrze się nawzajem rozumieć. Kiedy ich poznajemy, właśnie kończy się kolejne lato (co oznacza, że panowie zamykają restaurację), gdy nagle pojawia się nieoczekiwana propozycja biznesowa. Być może pozwoli im ona spełnić wieloletnie marzenie i utrzymać restaurację otwartą przez cały rok? To okazja, na którą obaj czekali od lat.

Tak się jednak składa, że Björn wybiera ten sam moment na swój nieoczekiwany i spektakularny coming out. Pewnego dnia pojawia się w eleganckiej, damskiej garderobie i starannym makijażu na spotkaniu, w którym bierze udział większość mieszkańców wioski i oświadcza, że nie czuje i nigdy nie czuł się mężczyzną – jest transeksualną kobietą o imieniu Birna. I bardzo prosi wszystkich swoich sąsiadów, przyjaciół i znajomych, żeby ten fakt przyjęli do wiadomości i uszanowali.
Islandzka wioska – choć pozornie tkwiąca na peryferiach cywilizowanego świata – okazuje się zaskakująco otwarta umysłowo i progresywna. Praktycznie każdy ma gdzieś (w stolicy albo za granicą) kogoś (kolegę, kuzynkę albo wnuka) nieheteronormatywnego – a nawet jeśli nie ma, to przecież też ogląda filmy i seriale i nie chce wyjść na nieokrzesanego prostaka. Więc generalnie wszyscy mają luz. Nikt za bardzo się nie dziwi ani nie oburza – skoro Björn od dziś ma być Birną, to proszę bardzo, czemu nie; cała wioska będzie nawet dumna ze swojej pierwszej, prawdziwej, tęczowej obywatelki.
To znaczy – cała wioska oprócz Hjaltiego, którego coming out Birny wyrywa z butów. Mężczyzna czuje się oszukany i zdradzony; nie rozumie, co się nagle stało z przyjacielem, którego przecież znał całe życie – czy to możliwe, że okłamywał go przez te wszystkie lata? Hjalti tylko przewraca oczami i prycha pogardliwie na widok damskich ciuchów i makijażu Birny i uparcie odmawia używania jej nowego imienia. A najchętniej w ogóle by z nią nie gadał (przynajmniej dopóki ten cudaczny przebieraniec się nie opamięta i nie przyzna, że to wszystko był tylko głupi żart) – tyle tylko, że trochę trudno nie gadać z kimś, z kim prowadzi się wspólny biznes. Hjalti nie patrzy więc Birnie w oczy i mówi do niej tylko tyle, ile naprawdę musi. Bardzo się gniewa i dąsa – i będzie się tak gniewał i dąsał przez większość filmu, podczas gdy my, widzowie, będziemy się zastanawiać, czy facet zdąży się opamiętać, zanim na własne życzenie straci jedną z najważniejszych osób w swoim życiu.

Ljósvikingar Snævara Sölviego Sölvasona prawdopodobnie nie jest najwybitniejszym dziełem islandzkiej kinematografii – ale za to jest jednym z tych filmów, od których robi się trochę cieplej na sercu. Jest sielsko, pogodnie i łagodnie – i od początku przeczuwamy, że wszystko w tej historii musi się dobrze skończyć. Oczywiście, że urokliwa, idylliczna wioska pełna życzliwych, otwartych, tolerancyjnych i zadowolonych z życia ludzi to nieco wyidealizowane miejsce – ale przecież i tak udaje nam się bez trudu uwierzyć w całą tę historię. Rozumiemy, że twórcy filmu patrzą na świat przez postępowe, tęczowe okulary i że w realu niekoniecznie bywa tak ładnie, co wcale nie przeszkadza nam dać się tak widzianemu światu zauroczyć. Ach, magia kina…
Islandzkiemu reżyserowi udaje się subtelnie i nienachalnie poruszyć kilka naprawdę istotnych tematów – pomijając ten główny, czyli nieheteronormatywność i odkrywanie swojej prawdziwej tożsamości seksualnej. Sam fakt, że Birna nie jest już młodą osobą (na oko – pięćdziesiąt plus) nieco wyróżnia film Sölvasona na tle wielu innych produkcji o podobnej tematyce. To nie są dylematy i rozterki młodego człowieka, który zastanawia się, jak przeżyć życie w zgodzie ze sobą; wręcz przeciwnie, mamy tu perspektywę osoby, która zmarnowała już kilka dekad udając kogoś, kim nie jest. Wie, że nie cofnie czasu i nie odzyska zmarnowanych lat, ale wciąż może jeszcze zawalczyć o te, które jej zostały. Nad jej postacią unosi się jednak swego rodzaju melancholia czy może smutek kogoś, kto patrzy wstecz na swoje życie i niekoniecznie jest zadowolony z tego, co tam widzi.

Kolejnym istotnym tematem jest zmiana (ta nieodłączna towarzyszka rozwoju) – i to jak sobie z nią radzimy… albo nie radzimy. Postacią, która ma tu największy problem z adaptacją do nowych sytuacji jest bez wątpienia Hjalti. I nie chodzi jedynie o sprawę Birny, ale też o jego własne, dziwnie pokomplikowane życie prywatne, które trwa w zawieszeniu tylko dlatego, że Hjalti boi się podjąć jakąkolwiek decyzję (bo każda oznaczałaby jakąś zmianę, na którą nie czuje się gotowy). Nasz bohater powoli (bardzo, bardzo powoli) dojrzewa do świadomości, że nie ruszy się z miejsca, dopóki nie zaakceptuje zmiany jako koniecznego elementu życia. Ale kiedy w końcu to zrobi, odetchnie z prawdziwą ulgą (a widzowie razem z nim).
Ljósvikingar to naprawdę udany, lekki i momentami bardzo zabawny film o całkiem poważnych sprawach. Film jednocześnie bardzo lokalny, kameralny wręcz, jak również zaskakująco uniwersalny, podnoszący kwestie zrozumiałe dziś chyba wszędzie, niezależnie od tego, na jakiej szerokości i długości geograficznej będziemy go oglądać. Pierwsza tęczowa obywatelka niewielkiej islandzkiej wioski okazuje się więc prawdziwą obywatelką świata.
Źródło zdjęć: ruv.is
Jeśli podoba Ci się nasz blog i chcesz nas wesprzeć, możesz postawić nam wirtualną kawę: buycoffee.to/naszanisza.pl
Zobacz również
Symetrycznie i absurdalnie. O filmie „Fenicki układ” w reżyserii Wesa Andersona
14/07/2025
Pustkowie i ludzie – o filmie „All Eyes on Me” Pascala Payanta
21/02/2025