Świętokrzyska masakra, czyli „Gołoborze” Macieja Siembiedy
Powieścią Gołoborze Maciej Siembieda zabiera nas w swoje rodzinne strony – ale komu Góry Świętokrzyskie kojarzą się z urokliwymi wioskami, wyglądającymi jak zatrzymane w czasie, łagodnym szumem lasów jodłowych albo baśniową magią Łysej Góry, ten już po kilkunastu stronach lektury pozbędzie się złudzeń. To znaczy owszem, będą tu wioski i jodłowe lasy – ale te pierwsze pełne zacietrzewionych i przepełnionych nienawiścią ludzi, a drugie – skrywające kości pomordowanych, wchłaniające krew ofiar i oferujące schronienie mściwym partyzantom, zdrajcom i bandytom.
Niewielka wioska Grabin położona u podnóża Łysej Góry od dekad jest scenerią i świadkiem brutalnej wojny dwóch klanów: Kończaków i Cebrzynów. Historię zależności, waśni i nienawiści tych rodów śledzimy od czasów powstania styczniowego aż po lata dziewięćdziesiąte XX wieku. I naprawdę jest to coś znacznie ciemniejszego, poważniejszego i trudniejszego niż zwykłe sąsiedzkie zatargi – to żyjąca własnym życiem bezlitosna wendeta, głęboka nienawiść, która spływa krwią z ojca na syna i którą rodzice i dziadkowie obu klanów wpajają dzieciom od kołyski.
Kończakowie nazywani bywają „klanem ślepca”, bo nestorem ich rodu był stary Tomasz Kończak, okaleczony i oślepiony przez Rosjan za udział w powstaniu styczniowym i zdradzony przez współziomka – Walentego Cebrzynę. Ta zdrada właśnie i będąca jej wynikiem krzywda leży u podstaw wielopokoleniowej wojny, która rządzi się własnymi regułami i zdaje się nawet nie zwracać uwagi na zmieniające się czasy, oficjalne prawa czy obyczaje. W tej wojnie obowiązuje zasada „oko za oko, ząb za ząb i życie za życie” oraz bezwzględna lojalność wobec swoich: „dla Kończaka rodzina i pomsta to rzeczy najświętsze”. Jednocześnie wszystko, co dzieje się w Grabinie, na zawsze zostaje w Grabinie i władze, sądy ani organy ścigania nie mają tu nic do gadania. Każda interwencja policji rozbija się o tę samą zawziętą zmowę milczenia – nikt tu nie potrzebuje obcych do wyrównywania własnych krzywd, tak było zawsze, tak jest i tak pozostanie. A nawet jeśli ktoś kiedyś spróbuje się wyłamać – jak Jadzia Kończakówna i Stefan Cebrzyna, którzy tuż po II wojnie światowej zakochają się w sobie niczym świętokrzyscy Romeo i Julia i zamarzy im się pokój między rodzinami – no cóż, ten raczej i tak nie ma szans…

Gołoborze zdecydowanie nie jest lekturą ani łatwą ani przyjemną – ale historia, którą Maciej Siembieda opowiada nam na ponad pięciuset stronach tej powieści jest tak fascynująco brudna, krwawa i niepoprawna, że naprawdę trudno się od niej oderwać. Jest w czytaniu jej coś perwersyjnie pociągającego – jak grzebanie w czymś, co prawdopodobnie lepiej i bezpieczniej byłoby zostawić w spokoju (na przykład w truchle rozjechanego kota – każdy chyba zna to uczucie z dzieciństwa: wiemy, że nie powinniśmy, ale i tak grzebiemy dalej). Raczej od samego początku domyślamy się, że jeśli dowiemy się z tej książki czegoś o człowieku, to chyba tylko tych rzeczy, których wolelibyśmy nie wiedzieć – ale i tak dajemy się porwać wzburzonemu nurtowi tej mrocznej i niebezpiecznej prozy.
Z równie niezdrową i trudną do opanowania fascynacją, co samą powieść, przeczytałam Posłowie autora, które wyjaśnia, co w tej historii jest prawdą, a co fikcją: o ile sama wioska Grabin i dwa zwaśnione rody są wymysłem autora, to jednak nie jest to wymysł wyssany z palca, ale oparty na dziesiątkach innych, bardzo podobnych lokalnych wojen klanowych. Siembieda sięga do własnych wspomnień z dzieciństwa: „Pamiętam i ludzi. Prostych, grubo ciosanych, z sercem na dłoni, ale tylko dla swoich. Pamiętliwych i groźnych (…). Chętnie sięgających po nóż”. Dalej wyznaje: „Nie lubię makabry i jestem przeciwnikiem używania jej w powieściach jako afrodyzjaku sprzedaży książek. Stąd kategoryczna konieczność podkreślenia, że zbrodnie przywołane w Gołoborzu wydarzyły się naprawdę”. A trzeba w tym miejscu dodać, że są to często zbrodnie dość fantazyjnie upiorne – takie, jak obcinanie zamordowanemu głowy, wkładanie mu jej w dłonie i zostawianie go w tej pozycji pod kościołem w niedzielny poranek. Życie okazało się w tym wypadku obdarzone wyjątkowo makabryczną wyobraźnią – tak, żeby autor nie musiał nadwyrężać swojej.
Gołoborze robi wrażenie nie tylko ciężarem emocjonalnym i krwawą tematyką – równie imponujący jest tu rozmach narracyjny oraz znakomicie skonstruowana oś fabularna. Autor prowadzi czytelnika przez kolejne dekady, ani na chwilę nie tracąc wątku, nie gubiąc się w niepotrzebnych dygresjach i nie spuszczając wzroku z tego, co w tej historii najważniejsze. Być może trudno w to uwierzyć, ale książkę czyta się naprawdę znakomicie – ale trzeba podkreślić, że nie jest to pozycja dla wątłych duchem. Wstęp na własną odpowiedzialność!
Maciej Siembieda Gołoborze
Wydawnictwo Znak Literanova 2025
Jeśli podoba Ci się nasz blog i chcesz nas wesprzeć, możesz postawić nam wirtualną kawę: buycoffee.to/naszanisza.pl
Zobacz również
Księgowa na tropie rodzinnych tajemnic, czyli „Zawsze coś” Marty Kisiel
14/07/2023
Czy neuroatypowe dzieci uratują świat, czyli rozmowa o książce Richarda Powersa „Zadziwienie”
04/01/2026