film,  filmy i seriale

Sybilla, co nie chciała męża, czyli o serialu „Moja wspaniała kariera” Liz Doran

Australia, rok 1900. Nastoletnia Sybilla Melvyn (Philippa Northeast) mieszka z rodzicami i licznym rodzeństwem na mocno podupadłej farmie i marzy o karierze pisarki. Choć jej rodzina ledwie wiąże koniec z końcem, dziewczyna wydaje się szczęśliwa – w domu jest wesoło i nikt za bardzo nie przejmuje się konwenansami. Sybilla może spokojnie eksplorować dziką stronę swojej natury: biegać po polach i lasach, kąpać się w rzekach, tańczyć, śpiewać, krzyczeć i łazić po drzewach. A wieczorami opisywać te szalone przygody i nowe odkrycia w nieodłącznym dzienniku. Dzieciństwo wręcz wymarzone dla przyszłej pisarki.

Niestety, Sybilla nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, jak kiepska jest sytuacja finansowa jej rodziny. Kiedy rodzice postanawiają wysłać ją do domu bogatej babci (która dąsa się na córkę za to, że wyszła za „nieodpowiedniego” człowieka, ale wnuczkę chętnie przyjmie pod swój dach), tak naprawdę mniej chodzi im o możliwości rozwoju i poszerzenie horyzontów córki, a bardziej o pozbycie się z domu chociaż jednej buzi do wykarmienia. A przy okazji – ponieważ dziewczyna jest bystra, obiecująca i niebrzydka – wszyscy (oprócz samej Sybilli) mają nadzieję, że uda jej się szybko i bogato wyjść za mąż i tym sposobem uratować rodzinę.

Tyle tylko, że Sybilla ma zupełnie inny pomysł na siebie – wiadomo przecież, że ostatnią rzeczą potrzebną pisarce do pisania jest mąż. Do pisania potrzebne są: pióro, atrament, mnóstwo papieru, czas, książki, nowe inspiracje oraz spotkanie na swojej drodze chociaż kilkorga wspierających ludzi, którzy podpowiedzą co robić, zachęcą, wzmocnią i może nawet pomogą otworzyć jakieś drzwi. I o dziwo wkrótce okaże się, że nasza bohaterka dostanie to wszystko – nawet, jeśli początkowo będzie się wydawało, że dom i otoczenie babci nie sprzyjają jej ambicjom (to ten rodzaj babci, co najbardziej lubi maniery, frazesy i pozory). Nieoczywista mieszanka uroku osobistego, humoru, determinacji i braku pokory szybko zjedna Sybilli sympatię nowego otoczenia (plus zainteresowanie więcej niż jednego zalotnika) i uświadomi jej, jak wiele jeszcze przed nią do odkrycia. Nasza bohaterka – ku uciesze widza – odkryje też, że nie potrzebuje niczyjego pozwolenia i że kolejne drzwi może już otwierać sobie sama. Albo wyważać je kopniakiem. A jak się nie da – to wchodzić oknem.

Prawdopodobnie wszyscy przyzwyczailiśmy się już do tego, że Netflix dość umownie traktuje realia historyczne swoich narracji i zamiast próbować oddać rzeczywisty stan i kontekst tej czy innej epoki, celuje w zaspokojenie naszej współczesnej wrażliwości. Co niekoniecznie jest zarzutem – netflixowe filmy i seriale to w końcu rozrywka dla nas, nie dla odbiorców z przeszłości. Więc raczej nie dziwi, że w Mojej wspaniałej karierze też coś takiego właśnie się zadziało: Sybilla to postać na wskroś współczesna, wyzwolona, niepokorna i świadoma własnej wartości. Wie, że ma prawo wyboru własnej ścieżki i nie pozwoli, aby ktokolwiek ją ograniczył. Ludzie, których spotyka na swojej drodze również myślą i czują, tak jak my, współcześni: nie akceptują ograniczeń społecznych, wychodzą poza sztywne ramy heteronormatywności oraz binarnych oczekiwań dotyczących płci czy rasy (są w serialu postaci rdzennych mieszkańców Australii). Kibicujemy im gorąco i mamy nadzieję, że znajdą sposób na to, by wyrazić siebie, spełnić marzenia i zaspokoić swoje potrzeby, no ale nie oszukujmy się – to jest nasza optyka i nasza wrażliwość, która niewiele mówi o tym, jak rzeczywiście myśleli, czuli i zachowywali się ludzie na australijskiej prowincji na początku XX wieku. Jakoś mam wrażenie, że odstawanie od normy i niespełnianie oczekiwań mogło wcale nie być takie proste, jak chcieliby twórcy serialu…

Moja wspaniała kariera w reżyserii Liz Doran jest serialową adaptacją książki o tym samym tytule. Autorka książki, Miles Franklin, uważana jest dziś za jedną z najważniejszych australijskich pisarek XX wieku, a powieść jest wyraźnie autobiograficzna (więc raczej nie musimy się martwić o Sybillę – możemy obstawiać w ciemno, że jej plan się powiedzie i zostanie pisarką). W dodatku netflixowy serial wcale nie jest pierwszą ekranizacją tego dzieła – w roku 1979 powstał film (w reżyserii Gillian Armstrong), w którym w rolę Sybilli wcieliła się Judy Davis. Film był niemałym sukcesem i wyprowadził tę historię z australijskiej prowincji na wielkie ekrany i światowe salony – i muszę przyznać, że rozumiem jego fenomen (obejrzałam go z rozpędu zaraz po serialu i Judy Davis w roli Sybilli ujęła mnie nie mniej niż Philippa Northeast). I choć film sprzed ponad czterdziestu lat też jest, siłą rzeczy, jakąś fantazją na temat przeszłości, to mam wrażenie, że trochę lepiej pozwala zrozumieć dylematy, zmartwienia i wątpliwości dziewczyny, która pragnie niezależności w świecie, który za jedyną możliwość awansu społecznego uważa dla niej zamążpójście. Skrzywieni współczesną optyką zapominamy, że plany i ambicje Sybilli musiały wydawać się jej współczesnym pomysłem z innej planety.

Tak czy inaczej obejrzałam serial ze sporą przyjemnością. Głównej bohaterki nie da się nie polubić, postaci drugoplanowe mają nieźle poprowadzone wątki, jest trochę fajnego humoru i błyskotliwych dialogów, a nad całością unosi się ta specyficzna, jedyna w swoim rodzaju energia historii o dojrzewaniu i wkraczaniu w świat. Energia tego wyjątkowego momentu w życiu, kiedy jeszcze wszystko wydaje się możliwe.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *