Symetrycznie i absurdalnie. O filmie „Fenicki układ” w reżyserii Wesa Andersona
Anatole „Zsa-Zsa” Korda (Benicio del Toro) żyje, choć dawno już nie powinien. Katastrofa samolotu, którą oglądamy w pierwszych scenach filmu – i z której nasz bohater jakimś cudem wychodzi cało – to nie pierwszy (i prawdopodobnie nie ostatni) zamach na jego życie, nie pierwsze bliskie spotkanie ze śmiercią. Więc generalnie facet jest przyzwyczajony. Ale z jakichś powodów ten konkretny zamach – plus fakt, że lata młodości Zsa-Zsa raczej ma już za sobą – sprawia, że nagle zaczyna zastanawiać się nad swoją spuścizną i nad tym, komu przekaże klucze do swojego imponującego królestwa, kiedy przyjdzie na niego czas.

Zsa-Zsa Korda jest okropnie bogatym biznesmenem. Fortuny dorobił się niekoniecznie uczciwie i praworządnie – prowadzi szemrane interesy w różnych miejscach świata, a kiedy coś idzie nie po jego myśli… no cóż, szczegółów nie poznajemy, ale o czymś chyba świadczy fakt, że praktycznie każdy płatny morderca, którego spotkamy w tej historii, kiedyś dla niego pracował. Sumienie ma więc nie najczystsze, a jego moralność pozostawia sporo do życzenia. No i raczej nie dziwi, że ma wrogów, którzy nie cofną się przed niczym.
Korda ma dziewięciu nieletnich synów oraz jedną dorosłą już córkę, Liesl (Mia Threapleton), która wstąpiła do klasztoru i której nie widział od kilku lat. I z tajemniczych, znanych tylko jemu samemu powodów, to tę córkę właśnie wybiera na swoją spadkobierczynię, to jej chce powierzyć pieczę nad swoim finansowym imperium. Wezwana na spotkanie w domu ojca Liesl okazuje się być jego całkowitym przeciwieństwem – to bardzo przyzwoita, poważna i pobożna młoda kobieta o silnym kręgosłupie moralnym, która z niechęcią myśli o przekrętach i machlojkach starego Kordy i niekoniecznie chce iść w jego ślady. Zsa-Zsa musi mocno się postarać, żeby przekonać ją do swojego pomysłu: wspólnej podróży po Bliskim Wschodzie w celu domknięcia pewnego interesu. Interesem jest dość skomplikowany przetarg – zwany fenickim układem – który wymaga współdziałania wielu inwestorów w różnych krajach. Korda musi nakłonić wspólników, żeby zwiększyli swoje wkłady w przedsięwzięcie, które nagle utknęło w martwym punkcie, a przy okazji chce pokazać córce, jak się prowadzi interesy. I Liesl ostatecznie zgadza się mu towarzyszyć.

W ostatniej chwili do ekipy dołącza jeszcze Bjorn (Michael Cera) – nauczyciel i wielki pasjonat insektów, którego Zsa-Zsa zatrudnia jako tutora dla swoich pozostałych dzieci. Podczas podróży ma on pełnić funkcję sekretarza i asystenta swojego pracodawcy – ale raczej nie z powodu swoich kwalifikacji, tylko dlatego, że akurat znalazł się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie.
I tak zaczyna się dość szalona przygoda, podczas której nasi bohaterowie będą, między innymi: grać w koszykówkę z fenickim księciem, przetaczać krew, dyskutować z bandą południowoamerykańskich rewolucjonistów (jakby ktoś zastanawiał się, co robią południowoamerykańscy rewolucjoniści na Bliskim Wschodzie, to jest to jeden z intertekstualnych smaczków tego filmu – odtwórca roli Zsa-Zsy, Benicio del Toro, wcielał się w samego Che Guevarę w filmie Che) oraz tonąć w bagnie. Będzie dziwnie, krwawo i absurdalnie – a do tego jeszcze w przerwach między kolejnymi odcinkami podróży Zsa-Zsa będzie regularnie trafiać w zaświaty (takie metafizyczne wstawki rozgrywające się w jego snach), gdzie będzie rozliczany ze swojego życia i gdzie spotka wielu swoich zmarłych bliskich. To wszystko razem stanowi mieszankę na tyle ekscentryczną i nieobliczalną, że oglądanie Fenickiego układu jest trochę jak przejażdżka na rollercoasterze.
Ale przecież rozumiemy tę konwencję, w której fabuła – szalona i momentami okropnie śmieszna, pełna wypadków, które w normalnym życiu nie miałyby prawa się wydarzyć – tak naprawdę wcale nie jest najważniejsza i stanowi tylko punkt wyjścia do stworzenia dzieła, które zupełnie czym innym stoi. Fenicki układ to obraz o wielu płaszczyznach, pełen kulturowych odniesień: do innych filmów, muzyki i – może przede wszystkim – do malarstwa. Nie będę nawet próbowała rozszyfrowywać tu nawiązań do świata sztuki, bo prawdopodobnie jest ich więcej, niż mogłabym przypuszczać: praktycznie co drugi kadr w tym filmie wygląda jak obraz. A wszystko estetycznie dopracowane, wysmakowane wręcz, utrzymane w tym charakterystycznym dla Wesa Andersona stylu pełnym kontrastów kolorystycznych, symetrii i trochę sentymentalnego retro uroku (trudno zresztą powiedzieć, kiedy osadzona jest akcja filmu – wystrój wnętrz i analogowe sprzęty sugerują lata plus minus sześćdziesiąte). Wizualna warstwa jest fenomenalna i niemal hipnotyzująca – na niektóre kadry chciałoby się patrzeć bez końca.
Osobiście bawiłam się świetnie, nawet jeśli nie do końca mam pewność, co – i czy w ogóle cokolwiek – reżyser próbuje nam tym obrazem powiedzieć. Czy ta historia ma być próbą ocalenia duszy głównego bohatera? Opowieścią o rodzinnym pojednaniu? O trudnym ojcostwie? Ironiczną i groteskową analizą bezprawia świata biznesu? W sumie nie ma to większego znaczenia, bo pytania o głębszy sens czy przesłanie i tak znikają w obliczu autentycznej, czystej przyjemności oglądania tej wykwintnej i kunsztownie zrobionej produkcji. Wes Anderson potrafi przykuć uwagę, olśnić i zauroczyć widza już od pierwszej sceny – i tu prawdopodobnie leży jego największa siła.
Jeśli podoba Ci się nasz blog i chcesz nas wesprzeć, możesz postawić nam wirtualną kawę: buycoffee.to/naszanisza.pl
Zobacz również
Twarde lądowanie. O filmie „Northern Comfort”
01/10/2023
Dziewczyny z Helsinek. O filmie „Girl picture” Alli Haapasalo
03/12/2023