Z pamiętnika akuszerki, czyli „Rzeka Lodu” Ariel Lawhon
Jest zima roku 1789 i w niewielkiej miejscowości Hallowell w Maine zostają wyłowione z rzeki zwłoki mężczyzny. O obejrzenie zmarłego i ustalenie przyczyny śmierci zostaje poproszona miejscowa akuszerka Martha Ballard, która nie tylko natychmiast rozpoznaje denata, ale również odkrywa, że przyczyną śmierci nie było ani utonięcie ani wychłodzenie. Mężczyzna ewidentnie został zamordowany i Martha sama potrafiłaby wskazać co najmniej kilka osób, które mogłyby życzyć sobie jego śmierci – na czele z Rebeccą, kobietą, która kilka miesięcy wcześniej oskarżyła go o gwałt. To zdecydowanie nie był przyjemny typ i raczej nikt w okolicy nie będzie go opłakiwał. Ale kto z miejscowych posunąłby się aż do morderstwa?
Za sprawą wykonywanego zawodu Martha ma w swojej społeczności dość szczególną pozycję, a także związane z nią możliwości i przywileje, o których inne kobiety nawet nie próbują marzyć. Przede wszystkim może zabierać głos w sprawach publicznych – do jej obowiązków należy, między innymi, występowanie przez sądem w sprawach o uznanie ojcostwa. Jest jedyną kompetentną położną w miasteczku, a poza tym zna się na leczeniu rozmaitych przypadłości, urazów i chorób – mimo że, oczywiście, nigdy nie studiowała medycyny (co z uporem wypomina jej miejscowy lekarz – absolwent Harvardu i straszny partacz). Ale lata praktyki zrobiły swoje i mieszkańcy Hallowell bardzo Marthcie ufają – i to właśnie po nią zwykle posyłają, kiedy komuś przydarzy się coś wymagającego profesjonalnej opieki albo specjalistycznych oględzin (stąd jej obecność przy wyłowionych z rzeki zwłokach).
Postać głównej bohaterki jest zdecydowanie najmocniejszą stroną powieści Ariel Lawhon. Choć Rzeka lodu jest fikcją historyczną, to położna i uzdrowicielka o nazwisku Martha Ballard istniała naprawdę i autorka – jak czytamy w posłowiu – oparła się na jej pamiętnikach i w ogóle wykonała spory research, żeby powołać ją do życia. W efekcie powstała bohaterka intrygująca i na tyle wyrazista, by ponieść na własnych barkach cały ciężar fabuły. A przy tym jest Martha postacią znacznie wyprzedzającą swoją epokę: niezależną, upartą, inteligentną, zdeterminowaną i w dodatku obdarzoną świadomością feministyczną (co, oczywiście, wybrzmiewa bardzo współcześnie – no ale czy nie po to jest fikcja historyczna, żeby trochę koloryzować i uatrakcyjniać przeszłość?). Samo śledzenie zmagań bohaterki z surową codziennością życia w nowo powstałym kraju (jest zaledwie trzynaście lat po podpisaniu Deklaracji Niepodległości!) było dla mnie w lekturze tej powieści najciekawsze. Przyglądamy się jej codziennej pracy, czytamy fragmenty jej dziennika i obserwujemy jej cudownie satysfakcjonujące życie prywatne (relacji z mężem prawdopodobnie pozazdrości Marthcie nawet wiele współczesnych kobiet: Ephraim nie tylko stoi za nią murem w każdej sytuacji, ale w dodatku sam na początku ich małżeństwa nauczył ją pisać i czytać, umożliwiając jej rozwój i zdobycie zawodu).
Niestety, w porównaniu z główną bohaterką, cała reszta postaci wypada w tej książce raczej blado. Ot, jacyś ludzie chodzą po mieście i zajmują się swoimi sprawami, pracują, bawią się i odpoczywają, plotkują, donoszą i zeznają przed sądem, kolejne kobiety rodzą (przy asyście Marthy) kolejne dzieci – i wszyscy oni zlewają się w głowie czytelnika w szarą masę, z której praktycznie nikt się nie wyróżnia. Co jest sporym problemem dla kryminalnej intrygi tej powieści, która w tej sytuacji nie bardzo ma się na czym oprzeć. Autorka zwyczajnie nie dała drugoplanowym postaciom szans na rozwinięcie skrzydeł; nie znamy ich charakterów, pragnień, słabości i motywacji – i w efekcie fabularnie ta historia zwyczajnie się nie broni. Trudno jest spekulować i zastanawiać się, kto popełnił zbrodnię, kiedy bohaterowie w zasadzie niczym się od siebie nie różnią i w ogóle niewiele o nich wiemy.
W rezultacie lektura Rzeki lodu pozostawia spory niedosyt; nie zapewnia tej czytelniczej satysfakcji, jaką zwykle czujemy po dotarciu do końca dobrze poprowadzonej zagadki kryminalnej. Trochę szkoda, że tak wyszło, bo książka ma naprawdę dużo do zaoferowania na innych frontach: przede wszystkim frapującą główną bohaterkę oraz świetnie odmalowane realia życia w niewielkiej miejscowości z czasów tworzenia się amerykańskiej państwowości. Zdecydowanie więc warto było ja przeczytać – nawet jeśli ostatecznie okazało się, że nie spełniła wszystkich swoich obietnic.
Ariel Lawhon Rzeka lodu
Tłumaczenie: Robert Waliś
Wydawnictwo Poznańskie 2025
Jeśli podoba Ci się nasz blog i chcesz nas wesprzeć, możesz postawić nam wirtualną kawę: buycoffee.to/naszanisza.pl
Zobacz również
Myśleć i kochać poza schematami – o książce „Artystyczne kręgi, miłosne trójkąty. Virginia Woolf i Grupa Bloomsbury” Amy Licence
15/01/2025
Agentem być, czyli „Kroniki Cypher” Dimitrisa Chassapakisa
18/02/2022
Jeden komentarz
Justyna Marta Victoria
Wow ta książka może być bardzo ciekawa zapraszam do mnie