Felietony,  literatura,  recenzje

Zła, gorsza i najgorsza, czyli o kiepskich lekturach 2025 roku

Nie wiem sama, dlaczego, ale czasem po prostu nie mogę się powstrzymać. Włączam czytnik i zaczynam czytać coś, o czym wiem z góry, że będzie złe. I  czytam z myślą: „o ludzie, jakie to jest złe”. Ale czytam dalej. Nie mam pojęcia dlaczego. Po czym wyłączam czytnik i myślę: „o ludzie, jakie to było złe”. I wtedy czuję się trochę jak na kacu: mam niesmak, żal do samej siebie i zupełnie nie rozumiem, po co właściwie znowu to zrobiłam. Przyznaję, że częściowo winię Legimi – aż trudno uwierzyć, ile tam mają złych książek, które przez tę ich cholerną aplikację mam teraz zawsze pod ręką, więc jakoś tak samo wychodzi… No, ale nie oszukujmy się, prawdziwy problem tkwi we mnie, nie w aplikacji. Być może w przyszłym roku poszukam pomocy specjalisty.

Żeby jednak te bolesne doświadczenia nie były wyłącznie stratą czasu, postanowiłam wybrać trzy najgorsze książki, które przeczytałam w tym roku i o nich opowiedzieć. Ku przestrodze. Żebyście wy już nie musieli ich czytać. Żebyście nawet nie próbowali. Uczmy się na cudzych błędach…

Wiatr od morza. Sztorm Magdalena Witkiewicz

W tym akurat przypadku wiem, co mnie skłoniło do złego. Czas i miejsce akcji. Rzecz dzieje się w Gdańsku w latach osiemdziesiątych, ze szczególnym uwzględnieniem stanu wojennego (czyli mniej więcej w moich rodzinnych rejonach i dokładnie w tej zamierzchłej epoce, kiedy przyszłam na świat).

I w tychże latach osiemdziesiątych towarzyszymy grupie młodych ludzi, uczniów jednego z gdańskich liceów, którzy na tle dramatycznych wydarzeń historycznych wchodzą w dorosłość. Są pierwsze miłości i dramaty oraz młodzieńcza wiara w lepsze jutro plus konspiracja. Oraz słowa „stocznia” i „Solidarność” odmienione chyba przez wszystkie przypadki. Więc sami rozumiecie – brzmiało zachęcająco.

Niestety, mimo że sam pomysł był całkiem niezły i miał potencjał, to już wykonanie siadło na całej linii. To jest bardzo słabo napisana książka. Płytkie, stereotypowe postaci, toporny język, dużo kiepskich dialogów i banalne refleksje, od których chce się płakać. Albo krzyczeć. Rzeczy w rodzaju: „Każdy wybór niesie za sobą konsekwencje. Wszystko ma plusy i minusy” albo: „Na swoich ścieżkach spotykamy różnych ludzi. Niektórych na chwilę, innych na całe życie”. Litości. A do tego wszystkiego jeszcze mnóstwo zupełnie niepotrzebnego patosu, który gryzie się szczególnie z tymi fragmentami, w których mówi do nas bezpośrednio (bo z kasety magnetofonowej) kilkunastoletni chłopak. W efekcie zupełnie tego Władka nie kupuję – no bo który nastolatek by tak gadał?!

W sumie szkoda, że się nie udało, bo mam wrażenie, że było naprawdę blisko. Był pomysł na fabułę, było dobre miejsce i jeszcze lepszy czas. Z tego mogła wyjść naprawdę całkiem fajna książka… gdyby tylko ktoś ją lepiej napisał.

Legendy i Latte Travis Baldree

Był taki moment – jakieś dwa lata temu – kiedy cały czytający internet oszalał na punkcie tej książki; mówili o niej chyba wszyscy booktuberzy, pisali blogerzy od literatury popularnej, a na Lubimy Czytać obwieszczano: „bestseller wykraczający poza ramy gatunku” i „tiktokowy fenomen”. No i co tu kryć: zwyczajnie dałam się nabrać młodzieży. Opis tej książki brzmiał jak coś, co raczej nie zrobi mi krzywdy w czasie podróży autobusem z Berlina do Wrocławia. Miało być przytulnie, zabawnie i przyjemnie. A było… wyłącznie nijak. Legendy i Latte to dla mnie idealny wręcz przykład książki, której zabrakło wszystkiego.

Viv, główna bohaterka tej historii jest orczycą (czyli dziewczyną-orkiem). W dodatku jest taką orczycą, której znudziło się już bycie orczycą i popylanie po świecie w celach destrukcyjnych z toporem i groźną miną na nieurodziwej facjacie, więc postanawia dla odmiany osiąść w jakimś spokojnym miasteczku i założyć w nim kawiarnię. Kupuje więc sobie stajnię i przy pomocy świeżo zaprzyjaźnionego hobgoblina przerabia ją na kawiarnię. Następnie zatrudnia sukkubę jako asystentkę oraz szczurołaka jako piekarza, sprowadza zapas kawy i powoli zaczyna rozkręcać kawowy interes w mieście, w którym nikt nigdy nie słyszał o kawie.

I to by było na tyle w kwestii fabuły. Bohaterka najpierw kupuje stajnię, potem remontuje stajnię, potem dekoruje stajnię tak, żeby stała się kawiarnią, potem obsługuje klientów w kawiarni, która kiedyś była stajnią… i tak dalej, w ten deseń. Ale główny problem tej książki w sumie nie polega na tym, że nic się w niej nie dzieje. Raczej na tym, że zarówno sama historia, jak i główna bohaterka są tak kompletnie nijakie, że aż trudno mi zrozumieć, po co właściwie powstały. Podchodziłam do lektury z naprawdę sporą dozą sympatii, ale prędko okazało się, że ta sympatia zwyczajnie nie ma się o co zaczepić i dynda sobie w przestrzeni, zdezorientowana, zastanawiając się, po co właściwie tu przyszła. No bo kogo ja mam w tej historii polubić i za co? I dlaczego mam w ogóle chcieć czytać dalej – żeby się dowiedzieć, jakie pozycje orczyca doda do menu? Bardzo przepraszam, ale od początku do końca mam to wszystko gdzieś.

No, a poza tym ja naprawdę bardzo, bardzo, bardzo nie lubię, jak ktoś mi w książkach opisuje remonty i dekorowanie wnętrz. Bardzo przepraszam, ale to mogą być w moich rankingach najnudniejsze tematy świata.

Fadi Kale Puonti

Naszpikowana akcją fińska powieść sensacyjna, której jedyną zaletą jest to, że szybko się kończy. Obiecujący adept Akademii Policyjnej, Ali Yasin zostaje zwerbowany przez służby specjalne – ma zinfiltrować fiński oddział islamskich terrorystów. Udaje mu się dostać do grona najbliższych współpracowników tytułowego Fadiego, czyli emerytowanego już „ojca chrzestnego” tej szajki. Akcję śledzimy dwutorowo: z jednej strony towarzyszymy Aliemu w jego niebezpiecznym przedsięwzięciu, a z drugiej – policjantom z helsińskiego komisariatu (którzy dużo się na siebie nawzajem dąsają, bo jeden oddział czegoś nie mówi drugiemu, albo ten drugi – pierwszemu).

Książka została napisana przez byłego policjanta i jest ponoć już którąś tam z kolei częścią dość popularnej w Finlandii serii. Autor rzeczywiście ma dużo zakulisowej, eksperckiej wiedzy i pokazuje, jak wygląda od środka akcja antyterrorystyczna – włącznie z tym, jak współpracują ze sobą poszczególne oddziały (i o co się na siebie nawzajem dąsają). I pewnie stąd ta popularność: można sobie zobaczyć, jak wygląda życie i praca fińskich policjantów i służb specjalnych „od kuchni”. Plus sensacja to chyba taki typ literatury, która zawsze znajdzie swoich fanów… nie wiem zresztą, po prostu próbuję zrozumieć, dlaczego ludzie to czytają.

Bo raczej nie dla walorów literackich ani językowych – tych, niestety, nie stwierdza się. Mocno uproszczony, nieatrakcyjny język nie pozwala ani na chwilę zapomnieć, że czytamy literaturę klasy C; kolejne rozdziały to wyliczanie następujących po sobie wydarzeń przy pomocy prostych zdań oznajmujących. Plus garść równie nieatrakcyjnych, topornych dialogów, które w założeniu mają wyjaśniać część akcji, ale brzmią mało naturalnie. A momentami wręcz strasznie głupio.

Słowem: fascynująco słaba książka. Ale za to akcja trzyma się kupy. (A wy trzymajcie, proszę, kciuki, żeby mnie autor nie zastrzelił. Bo umie).

Uff. Czuję, że zrzuciłam z siebie wielki ciężar i mogę teraz wejść w Nowy Rok bez tych okropnych sekretów na sumieniu. A jeszcze przed końcem tego roku opowiem wam o tych lekturach, które mi się w 2025 najbardziej udały. Stay tuned!


Jeśli podoba Ci się nasz blog i chcesz nas wesprzeć, możesz postawić nam wirtualną kawę:  buycoffee.to/naszanisza.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *