opowiadania,  twórczość niszowa

ŻÓŁTY ZESZYT

Było piękne sobotnie popołudnie. Tego dnia październik zaskoczył obywateli niespotykaną wręcz łaskawością. Słońce świeciło jak oszalałe, zupełnie jakby zapomniało, że lato dawno się już skończyło, ptaki zdurniały z radości i wydawały z siebie obłędne trele, a wstrząśnięci przechodnie w pośpiechu zrzucali z siebie wierzchnie warstwy odzieży, by nałapać różnymi częściami ciała jak najwięcej zalecanej przez lekarzy i farmaceutów witaminy D, gratisowo i obficie lejącej się z nieba.

Tego właśnie dnia, we wczesnych godzinach popołudniowych, Igor Skorupka kupił sobie zeszyt.

Zeszyt był w kratkę, papier miał solidny, a okładkę – twardą i żółciutką jak świeżo wykluty kurczak. Zadowolony z zakupu Igor pogwizdywał wesoło pod nosem, kiedy wracał do domu. Myślał o tym, jak przyjemnie będzie usiąść przy biurku ze świeżo zaparzoną herbatą i w ciepłym blasku lampy otworzyć ów nowiutki, piękny, żółty zeszyt i w końcu zacząć pisać. W końcu zacząć pisać!

Tak się bowiem składa, że Igor Skorupka postanowił zostać pisarzem. Od dawna sądził, że ma do tego zawodu powołanie; czuł, że jego dusza wyrywa się ku temu szlachetnemu zajęciu całym swoim stęsknionym jestestwem. Wyraźnie słyszał zew literatury, przyzywający go do siebie gdzieś z oddali. Jego wzniosłe myśli pragnęły wzbić się w przestworza na skrzydłach poezji… lub może prozy, jeszcze nie zdecydował. Czuł, że kłębią się w nim treści, które domagają się ujścia. Historie, które tylko czekają, by zostać opowiedziane. Bohaterowie, którzy błagają, by przedstawić ich światu. Nosił to wszystko w sobie miesiącami – ba! latami nawet… ale problem w tym, że zupełnie nie wiedział, jak zacząć. Wierszem czy prozą? Rymem czy metaforą? Od miejsca czy od postaci? Od opisu czy od dialogu? Rozmyślał, główkował, kombinował, wątpił i błądził. Spędzał długie godziny wpatrując się pustym wzrokiem w przestrzeń, jakby miał nadzieję, że odpowiedzi na wszystkie te pytania w końcu zamajaczą mu gdzieś na horyzoncie. I tak mijały dni, tygodnie i miesiące. Pytań przybywało, a odpowiedzi – wręcz przeciwnie. Igor Skorupka nie pisał.

Aż w końcu któregoś dnia, gdzieś w zakamarkach sieci Igor natrafił na artykuł o tym, jak zostać pisarzem. Autor – przez wzgląd na Igora miejmy nadzieję, że kompetentny – twierdził, że aby zostać pisarzem wystarczy kupić sobie zeszyt i przez trzy dni zapisywać w nim wszystko, co przyjdzie człowiekowi do głowy, każdą myśl po kolei, jak leci. Reszta, przekonywał, zrobi się sama.

Genialne, pomymślał Igor Skorupka i poszedł kupić sobie zeszyt.

Wróciwszy do domu, Igor zrobił dokładnie tak, jak sobie to wcześniej zaplanował. Przebrał się w swój ulubiony, miękki dres w kolorze buraczkowym, zaparzył herbatę w wielkim kubku z niedźwiadkiem i usiadł przy biurku, zapalając lampkę, która zalała blat ciepłym światłem. Otworzył zeszyt i zaczął pisać.

Pierwsza myśl była w zasadzie przyjemna i zrozumiała. Napisał mianowicie o tym, że bardzo się cieszy, że w końcu zaczyna pisać i sam jest ciekaw, co z tego wyniknie. Następnie pojawiła się myśl o tym, jak wspaniale byłoby móc wykonywać ten zawód na co dzień, siedzieć tak sobie wygodnie w buraczkowym dresie i nie chodzić już do tego okropnego, ponurego biura. Nie musieć dzień w dzień kłaniać się naburmuszonej sekretarce, nie spędzać tylu godzin na wklepywaniu w komputer drętwych, nużących i prawdopodobnie nikomu do niczego niepotrzebnych danych liczbowych, nie czuć wiecznie na plecach spojrzenia szefa, pojawiającego się znienacka w drzwiach i obserwującego wszystkich zza grubych szkieł swoich wielkich okularów. Szef był apodyktyczny, niemiły, czepiał się szczegółów i zdawał się nie znosić wszystkich swoich pracowników, ze szczególnym uwzględnieniem Igora Skorupki. Igor czasami miał wrażenie, że szef patrzy na niego jak na wyjątkowo obrzydliwego karalucha, którego chciałby zgnieść butem, a potem spuścić w toalecie. Aż się wzdrygnął, gdy o tym pomyślał. Podniósł wzrok znad zeszytu i zagapił się ponuro w ścianę nad biurkiem. Dobry nastrój diabli wzięli.

Po chwili Igor otrząsnął się i spojrzał znów na pierwszą stronę otwartego zeszytu. Widniało na niej tylko kilka linijek. Ostatnia z nich głosiła wielkimi, drukowanymi literami: ZABIĆ SZEFA.

Igor Skorupka zakrztusił się herbatą. Co jest, do cholery? Nie pamiętał zupełnie, żeby coś takiego napisał. Ani żeby coś takiego pomyślał. Nie, nie. To niemożliwe. Przecież wcale nie chciał nikogo zabijać.

Rozejrzał się podejrzliwie po pokoju, jakby sądził, że ktoś mógł tu wejść niepostrzeżenie, zakraść się do biurka i cichaczem podrzucić mu to straszliwe zdanie, kiedy on sam zajęty był kontemplowaniem ściany. Ale w pokoju nikogo nie było. Musiał zatem napisać je sam. A skoro tak – to chyba i pomyśleć? Ożeż w mordę.

Igor oddzielił kreską napisane wcześniej linijki i postanowił zacząć jeszcze raz. O czym teraz myślę? zastanowił się. O tym, skąd się tutaj wzięło to całe ZABIĆ SZEFA i o tym, że chyba napisałem coś, czego nie pamiętam. I że muszę być bardziej uważny. Nie pisać rzeczy nieświadomie. Zwłaszcza takich rzeczy, jak: ZABIĆ SZEFA.

Igor znów wpatrzył się w kartkę. Pół stroniczki zapisków, kilka zdań dosłownie, a w tym już trzy razy wielkie i dorodne: ZABIĆ SZEFA. Tak nie może być. To przecież miały być szlachetne i wzniosłe myśli, wzlatujące na wyżyny na skrzydłach poezji. Albo prozy, bo jeszcze się nie zdecydował. A tu masz babo placek.

Przez następną godzinę Igor zaczynał od początku jeszcze cztery razy. Ale od jakiejkolwiek myśli by nie zaczął, ciąg skojarzeń prowadził go zawsze do tego samego punktu. Najwyraźniej jego umysł krążył obsesyjnie wokół jednego tematu, a z podświadomości próbowało wydostać się na światło dzienne coś bardzo, doprawdy, niepokojącego. Okazywało się – i to czarno na białym – że Igor Skorupka chciał zabić swojego szefa.

A przecież nie był jakimś psychopatą ani kryminalistą, tylko zwykłym trzydziestopięcioletnim facetem, który płacił podatki i nigdy nie przechodził przez ulicę na czerwonym świetle. Uważał się za przyzwoitego człowieka, który muchy by nie skrzywdził. Żył przykładnie i ostrożnie, nie pił, nie palił, zawsze kasował bilet w autobusie i ustępował miejsca staruszkom.

Igor odłożył długopis i zrezygnowany odchylił się na oparcie krzesła, patrząc w sufit. Nie jest dobrze, pomyślał. I co teraz zrobić? Pisać dalej, czy raczej od razu zgłosić się do czubków?

Reszta weekendu minęła Igorowi na zapisywaniu kolejnych, coraz bardziej panicznych myśli. Jakkolwiek by się nie starał, nie był już w stanie oderwać się od tego tematu. A co, jeśli wszyscy psychopatyczni mordercy tak zaczynali? Jako zwykli pracownicy biurowi, którzy pewnego dnia kupują sobie zeszyt i tym sposobem odkrywają swoją mroczną naturę? A co, jeśli ma schizofrenię, o której do tej pory nie wiedział? Może jest jak doktor Jekyll i pan Hyde i ten drugi prowadzi w tajemnicy przed nim jakieś osobne życie, pełne krwawych zbrodni i innych bestialstw? O, mamo.

W poniedziałek Igor obudził się tak wyczerpany, jakby właśnie sam przekopał całe pole i to gołymi rękami. Nie miał siły zwlec się z łóżka. Kiedy w końcu doczłapał jakoś do kuchni i włączył czajnik, czuł się tak przygnębiony, że przez chwilę miał ochotę wyskoczyć z okna. Ale ponieważ mieszkał na parterze, więc i tak byłby to raczej gest z gatunku symbolicznych, który niewiele by zmienił w jego obecnej sytuacji. Nie miał wyjścia: musiał iść do pracy i spojrzeć szefowi w twarz. Spojrzeć w twarz człowiekowi, którego pragnął zamordować.

W drodze do biura zaczął się zastanawiać, czy nie zmienić pracy. Wprawdzie nie lubił gwałtownych zmian i stresowało go poznawanie nowych ludzi, ale może przyszła już pora wykonać ten krok, skoro jego podświadomość dawała mu tak czytelne sygnały, że z obecnym miejscem pracy coś jest nie tak? Może w jakimś innym biurze i przy innym szefie mordercze instynkty przycichną? Tak, złożę wypowiedzenie, postanowił. Najlepiej już dziś. I od razu zacznę szukać nowej pracy.

Trochę pokrzepiony tą myślą wszedł do biura i ukłonił się odruchowo siedzącej za swoim biurkiem sekretarce. Rozmawiała z kimś przez telefon gorączkowym szeptem i kiedy Igor przyjrzał się jej uważniej, zauważył, że dziewczyna jakoś dziwnie wygląda. Trochę jakby była chora. Miała zaczerwienione policzki i lśniące oczy. Na jego widok jedną ręką zasłoniła słuchawkę, a drugą zaczęła gwałtownie machać, przywołując go do siebie. Lekko zdziwiony Igor podszedł do jej biurka i zaczekał, aż skończy rozmowę.

– Panie Igorze – wyszeptała, pożegnawszy się z osobą na drugim końcu linii. – Pan nie może tam wejść. Tam jest policja!

– Policja? – Igor nerwowo przełknął ślinę.

W pierwszym odruchu pomyślał, że już go dopadli. Że jakimś sposobem dowiedzieli się o żółtym zeszycie, tym niezbitym dowodzie na jego mordercze instynkty. Że przyjechali żeby go powstrzymać i nie dopuścić do morderstwa. Dopiero po chwili dotarło do niego, że sekretarka coś jeszcze mówi.

– Pani Iwona go znalazła – usłyszał. – Weszła do jego gabinetu po jakieś dokumenty. Pukała, a on nie odpowiadał…

Zaraz, zaraz, co ona mówi? Coś tu było bardzo nie tak.

– Pani Kasiu, ja nic z tego nie rozumiem. Co się stało?

– Szef nie żyje! – krzyknęła pani Kasia i schowała twarz w dłoniach. – O Boże!

Igora zatkało. Przecież jeszcze nic nie zrobił! Przecież przez cały weekend praktycznie nie ruszał się z domu, więc niby kiedy zdążył zamordować szefa? Pan Hyde wymknął się niepostrzeżenie, kiedy Igor spał, czy co? Zupełnie się nie spodziewał, że to się stanie tak szybko!

– Jak to? – zapytał bezradnie.

– Leżał w swoim gabinecie! Nieżywy! Wezwałam pogotowie, ale nic się już nie dało zrobić – krzyknęła pani Kasia i rozszlochała się na dobre.

– Ale… co mu się stało? – próbował zrozumieć Igor.

– Nie wiadomo!

– Jak to: nie wiadomo?

– Normalnie. Nie wiadomo. Leżał sobie tylko i nie żył.

Przy biurku pani Kasi powoli zaczął się zbierać mały tłumek. Kolejni pracownicy wkraczali do biura i zatrzymywali się przy zbiegowisku, powtarzając z ust do ust zasłyszane rewelacje. Nie minęło dużo czasu, zanim ktoś głośno sformułował myśl, lęgnącą się już pod niejedną czaszką:

– Ktoś go zamordował!

Koledzy i koleżanki z biura zaczęli spoglądać na siebie nawzajem z mieszaniną niedowierzania, fascynacji i obawy. A co, jeśli ktoś z nich jest mordercą? Może to księgowa skrywa truciznę w fałdach swojej brązowej spódnicy? A może kadrowa przyszła tak późno, bo pozbywała się narzędzia zbrodni? No i kto wie, po co konserwatorowi te obcęgi?

Tymczasem w biurze świętej pamięci szefa ekipa śledcza miała niemałą zagwozdkę. Przedstawiciele organów ścigania w konsternacji drapali się po głowach. Mimo najszczerszych chęci nie znaleźli tu żadnych śladów przestępstwa. Nic zupełnie: ani włamania, ani kradzieży, ani – tym bardziej – morderstwa. Lekarz pogotowia nie był w stanie określić przyczyny zgonu, na ciele nie było żadnych obrażeń, a w pomieszczeniu nie było nic, co mogłoby zabić nieszczęśnika. Właśnie przygotowywano ciało do transportu, zastanawiając się, czy sekcja zwłok wykaże przyczynę zgonu. Bo póki co wszystko wskazywało na to, że nieboszczyk cieszył się znakomitym zdrowiem…

Tego dnia Igor Skorupka wrócił do domu wcześniej niż zwykle. Kiedy jego współpracownicy wciąż tłoczyli się w korytarzach, snując coraz bardziej nieprawdopodobne teorie, on coraz wyraźniej zdawał sobie sprawę, że zna rozwiązanie całej zagadki. Nie musiał czekać, aż patolog potwierdzi, że nie da się określić przyczyny zgonu. Pewnie, że się nie da – przecież przyczyna zgonu leży sobie spokojnie na jego własnym biurku, obok lampki i kubka z niedźwiadkiem.

Późnym wieczorem, kiedy cała dzielnica pogrążyła się już w ciemnościach, Igor wyszedł na balkon i spalił swój piękny, żółty zeszyt.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.