literatura,  recenzje

Emily St. John Mandel „The Glass Hotel” – sensu brak, ludzi pełno, chaos straszny

The Glass Hotel to piąta powieść kanadyjskiej pisarki Emily St. John Mandel, najbardziej znanej z powodu bestsellerowej Stacji Jedenaście. Autorka cieszy się sporym uznaniem tak krytyki, jak czytelników – portal Goodreads aż roi się od fanów, którzy deklarują, że uwielbiają wszystko, co wychodzi spod jej pióra. Zachęcona tak entuzjastycznymi opiniami, postanowiłam sięgnąć po jakąś powieść Kanadyjki. Stacja Jedenaście odpadła w przedbiegach z powodu tematyki – myślę, że jeszcze długo nie będę mieć ochoty na książki i filmy, które mają w opisie słowo „epidemia”. Wybór padł więc na równie dobrze ocenianą w sieci powieść The Lola Quartet, ale z przykrością stwierdzam, że pozycja ta nie wzbudziła we mnie absolutnie żadnych emocji. Nie ruszyli mnie bohaterowie, nie ruszyła mnie historia, nie ruszył mnie język. Nic mnie w ogóle nie ruszyło i odkładałam książkę, zastanawiając się, o co to całe halo. Czy to tylko ja czegoś nie zrozumiałam, czy to naprawdę było nijakie?

Mimo to, na wieść o ukazaniu się The Glass Hotel postanowiłam dać autorce jeszcze jedną szansę, bo na Goodreads ludzie wciąż gadają, że to takie dobre. Przeczytałam i znów zastanawiam się, czy to tylko ja czegoś nie rozumiem? No bo jak dobre, skoro niedobre?

Pastwienie się nad tą książką zacznę od tego, że nie da się w kilku słowach powiedzieć, o czym albo o kim ona właściwie jest. Pełno postaci i wszystkie nieszczególnie ciekawe, kilka warstw czasowych, przypadkowe wydarzenia, chaos straszny. Jakoś to niby ma się wszystko ze sobą łączyć, ale to łączenie wydaje się zbyt grubymi nićmi szyte, wręcz widać karkołomny wysiłek, który autorka włożyła, by zebrać i skleić te poodrywane wątki w jakąś spójną całość.

W samym centrum tej historii tkwi finansista i oszust Jonathan Alkaitis, który zbudował fortunę w oparciu o piramidę finansową, znaną jako scemat Ponziego. Oraz dziewczyna imieniem Vincent, która przez kilka lat pełniła przy Alkaitisie rolę „żony na pokaz”, choć tak naprawdę wcale nie była jego żoną, tylko udawała. W pierwszej scenie książki Vincent w tajemniczych okolicznościach znika w odmętach oceanu, a zaraz potem narracja przeskakuje do innego punktu w czasie i do innej postaci. Czyli do przyrodniego brata Vincent, uzależnionego od narkotyków Paula, który niechcący doprowadza do śmierci spotkanego przypadkiem na imprezie człowieka, częstując go trefnym towarem. I już – już mogłoby zacząć być ciekawie, ale niestety ten wątek się urywa i Paul prawie całkiem znika, by pojawić się na chwilę na końcu książki. Narracja przeskakuje do nastoletniej Vincent, która straciła matkę, potem do Alkaitisa, który w więzieniu gada z duchami, potem do jednej z inwestorek, która przez Alkaitisa straciła oszczędności, potem do współpracowników Alkaitisa, potem znów do dorosłej Vincent, która po aresztowaniu Alkaitisa zatrudnia się na statku, a w końcu do stróża w opuszczonym hotelu Caiette na wyspie w Kolumbii Brytyjskiej, w którym Vincent pracowała kiedyś jako barmanka. Do końca nie wiadomo, kto jest głównym bohaterem. I o czym właściwie ma być ta historia? O zaginięciu Vincent? (Jeśli tak, to tym bardziej bez sensu, bo na końcu okaże się, że w tej tajemnicy nie ma żadnej tajemnicy.) O upadku Alkaitisa? O oszukanych inwestorach? Czy o duchach może?

Druga sprawa jest taka, że trudno zrozumieć sens i wagę niektórych wydarzeń albo nieadekwatne reakcje i zachowania bohaterów. Na przykład: w pewnym momencie na szybie hotelu Caiette pojawia się graffiti, które ma być swego rodzaju obraźliwą wiadomością (której adresat i tak nigdy nie przeczyta). Wszyscy obecni w hotelu są tym wydarzeniem tak mocno wstrząśnięci, że trudno im wrócić do swoich zajęć. Będą rozpamiętywać to wydarzenie przez wiele lat, szukać w nim sensu, zastanawiać się nad motywacją sprawcy. Tyle tylko, że graffiti samo w sobie nawet nie jest szczególnie wulgarne i kompletnie nie mogę zrozumieć, dlaczego wszyscy tak z jego powodu dramatyzują. Serio, widziałam w życiu gorsze rzeczy. Cały czas miałam takie wrażenie, ze ktoś tu na siłę próbuje mnie przekonać, że powinnam uważać, że to straszne przestępstwo. Jakby napisanie graffiti na szybie było jedną z najgorszych rzeczy jakie jeden człowiek może zrobić drugiemu. Ale gdyby nie nachalne komentarze odautorskie i wkładane w usta poszczególnych bohaterów wtręty na temat okropieństwa i bezduszności tego czynu, pewnie nie zwróciłabym na całą tę sprawę większej uwagi. Chybiony pomysł narracyjny – tak skonstruować jedno z kluczowych dla akcji wydarzeń, żeby nie wydawało się czytelnikowi szczególnie straszne, a potem przez resztę książki próbować go przekonać, że jednak było straszne.

A to tylko jeden z przykładów wydarzenia, którego sensu nie byłam w stanie pojąć. Bohaterowie wielokrotnie zachowywali się tak, że nie rozumiałam o co im chodzi i dlaczego robią to, co robią – ta książka pełna jest chaotycznie działających ludzi i wydarzeń, z których nic nie wynika.

Kolejna niezrozumiała kwestia to tytuł. Wspomniany Hotel Caiette nie jest jakoś szczególnie istotny dla akcji, jest tylko jedną z wielu lokalizacji i to wcale nie najważniejszą. Więc dlaczego? Znów to poczucie nachalnego zwracania mojej uwagi na coś, co samo w sobie wcale nie wydało mi się istotne.

Ogólnie rzecz biorąc miałam w trakcie lektury trochę takie wrażenie, jakbym czytała książkę przed redakcją – jakby autorka pokazywała nam wersję powieści, z której dopiero zamierza ulepić coś bardziej sensownego i spójnego. Gdyby pewne wątki odsiać, rozbudować to i owo, dopracować postaci, to mogłaby to w sumie być niezła historia, ale w takiej formie jak jest po prostu nie zatrzymuje i mierzi niedopracowaniem i nijakością.

Podsumowując: zmęczyłam się przy tej lekturze, jakbym sama wniosła szafę po schodach. I nic z niej dla mnie nie wynikło. Więc tej pani już raczej podziękuję.

Emily St. John Mandel, The Glass Hotel

Wydawnictwo Knopf, 2020.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *