literatura,  recenzje

Requiem dla przyjaźni i doświadczenie pokoleniowe, czyli garść bardzo osobistych refleksji po lekturze „Książki o przyjaźni” Macieja Marcisza

Licealna przyjaźń i zderzenie z dorosłością

Jest ich troje: Dorota, Kasia i Michał. Przyjaźnią się od liceum. I cóż to jest za przyjaźń! To przyjaźń głęboka i mocna, wielka i wyjątkowa; to przyjaźń, która pod wieloma względami pozwoliła im zdefiniować samych siebie. Przyjaźń, którą nieśli nad głowami przez całą młodość, jak wielki, triumfalny parasol, odgradzający ich od nudnej rzeczywistości i szarości ogółu. Stworzyli swój własny, trzyosobowy mikroświat. I w tym mikroświecie rozkwitli.

Tyle tylko, że młodość się skończyła, przyjaciele przekroczyli trzydziestkę, zaczęło się dorosłe życie. Mieszkają w różnych miastach, czego innego chcą od życia. Poszli na pewne kompromisy z rzeczywistością, na które nigdy nie zamierzali pójść, dokonali wyborów, którymi szesnasto-, siedemnastoletnie wersje ich samych na pewno by pogardziły. I nagle mają sobie nawzajem coraz mniej do powiedzenia; coraz częściej czują, że ich obecna relacja jest tylko echem dawnej przyjaźni, pozostałością po starych dobrych czasach. Pojawia się nieuniknione pytanie: czy ciągnąć to dalej i nazywać „przyjaźnią” przez wzgląd na to, co kiedyś razem przeżyli? Czy też zaakceptować fakt, że przyszła pora, aby ta relacja tak po prostu wygasła? Może przyjaźnie umierają, tak samo jak ludzie, tak samo jak miłości – choć często o wiele mniej dramatycznie. „Koniec przyjaźni przypominał bardziej przewlekły ból głowy niż zawał. Kolejna pozornie mała niedogodność wieku dorosłego” – dochodzi do wniosku jedna z bohaterek.

Wiwisekcja przyjaźni

Maciej Marcisz dokonuje w Książce o przyjaźni głębokiej i momentami boleśnie szczerej analizy – powiedziałabym nawet „wiwisekcji”– relacji, która dla wielu ludzi na pewnym etapie życia jest przecież absolutnie kluczowa. Dla mnie na pewno była. Nastoletnia przyjaźń potrafi być ważniejsza, bardziej wartościowa i na pewno bardziej definiująca niż zakochanie czy miłość. Nie wiem zresztą, może okropnie uogólniam – w końcu są ludzie, którzy na tym wczesnym etapie życia budują wartościowe związki, a nawet znajdują miłość na całe życie. Ale z moich osobistych doświadczeń wynika raczej, że zakochanie i miłość są w nastolęctwie kruche jak najcieńszy lód. I często kończą się, zanim na dobre zdążą się zacząć. W przeciwieństwie do przyjaźni, która trwa i rośnie w siłę. Doświadczenia bohaterów powieści Macieja Marcisza są pod tym względem bardzo podobne, wręcz tożsame z moimi własnymi – i pewnie dlatego Książka o przyjaźni tak bardzo do mnie trafia, na tak wielu poziomach.

Pierwsza faza: euforia i egzaltacja

Relację Kasi, Doroty i Michała śledzimy od samego jej zarania. Najpierw jest nieco egzaltowany, euforyczny początek przyjaźni, kiedy bohaterowie dopiero się poznają, pisząc do siebie niezliczone listy (i przy okazji zapoczątkowując epistolarny trend w swoim liceum), w których odsłaniają się stopniowo, warstwa po warstwie. Bo przecież „początek przyjaźni niewiele się różni od zalotów. Karmimy się sobą w wersji skoncentrowanej, jesteśmy dziesięć razy zabawniejsi, a nasze dni są pożyteczne i sensowne. Nasza historia, do momentu poznania przyjaciół będąca zlepkiem przypadkowych zdarzeń, nagle nabiera sensu”.

Kiedy po latach, już jako dorosła osoba, Kasia przegląda te stare listy, ów dokumentalny zapis pierwszej fazy ich relacji, czuje się jednocześnie wzruszona i lekko zażenowana. To, co kiedyś wydawało jej się mega głębokie, teraz okazuje się strasznie infantylne. Ale jakże przy tym autentyczne: „widziała w tych listach głód. Niepewność. […] Nic nieznaczące wydarzenia zmieniające się w wielkie. Mitologizowali każde przeżycie, ustawiali kolejne na półce trofeów. […] Co dwa tygodnie czytali książki i oglądali filmy, które zmieniały ich życie, dzięki którym – myśleli – nic już nie będzie takie samo. Może byli pretensjonalni, czasami. No dobrze, byli bardzo pretensjonalni przez przytłaczającą większość czasu. Ale może pretensjonalność była po prostu funkcją nieobrobionej szczerej wrażliwości.”

Lata rozkwitu

Potem następują w ich przyjaźni lata tłuste, lata rozkwitu, lata odkrywania własnego potencjału. Przyjaciele razem próbują nowych rzeczy, eksperymentują, są ze sobą przez najbardziej formacyjne doświadczenia młodości, przeglądają się w sobie jak w lustrach. Razem się stają. I tego absolutnie nie da się przecenić ani odtworzyć w późniejszym życiu, kiedy nic już nie jest tak zupełnie pierwsze. Zaczyna im się wydawać, że tak już będzie zawsze, że znaleźli receptę na szczęście. Pojawiają się wspólne plany na przyszłość; plany, w których nie biorą pod uwagę pułapek rzeczywistości: „mieli być artystami. Dorota miała pisać, Kasia rysować, Michał zostać aktorem, może modelem. Mieli mieszkać razem w lichym, ale kreatywnie urządzonym mieszkaniu. Wspierać się, otrzepywać po pierwszych porażkach i ostatecznie odnieść sukces. Każdy w swoim tempie, choć w zbliżonym czasie. To wszystko się nie wydarzyło i już nie miało wydarzyć, a jednak ciągle wybrzmiewało w jej [Doroty] głowie, tak jakby to, co stało się naprawdę, było tylko fałszywą wersją prawdziwego życia.”

źródło obrazka: freepik.com

Koniec młodości

A potem nagle młodość się kończy, czego z jakichś powodów nie przewidział nikt. Fakt, który zaskakuje jak zima polskich kierowców w środku stycznia. Niby wiemy, że kiedyś dorośniemy… ale jakoś do końca w to nie wierzymy, dopóki ktoś nie ustąpi nam miejsca w tramwaju. Albo dopóki patrząc w lustro nie zorientujemy się, że to, kim się staliśmy, nijak nie pasuje do tamtych młodzieńczych, euforycznych wyobrażeń o samych sobie i o własnym życiu. A skoro samych siebie w tej dorosłej wersji ledwo rozpoznajemy, to co dopiero mówić o tych, którzy mieli nam towarzyszyć, a zamiast tego poszli w zupełnie inne, już całkiem dla nas niezrozumiałe strony.

Chyba coś takiego, mniej więcej, przytrafia się Dorocie, Kasi i Michałowi. Utknięcie na jakiejś życiowej mieliźnie, kiedy rzeczywistość domaga się zdecydowanych kroków w bardzo konkretnych kierunkach, z których praktycznie każdy wydaje się o wiele mniej atrakcyjny niż dawne wyobrażenia. I utknąwszy w tym właśnie niewygodnym i zdecydowanie nienajciekawszym punkcie życia, nasi bohaterowie układają naprawdę przejmujące requiem dla swojej przyjaźni. Bo kompletnie nie potrafią z tego miejsca ponieść tej relacji dalej.

Epoka nieprzyjazna nieheterykom

Wbrew tytułowi jednak Książka o przyjaźni jest książką nie tylko o przyjaźni. To jednocześnie książka o wielu, bardzo wielu innych rzeczach. Na przykład o odnajdywaniu własnej tożsamości seksualnej. O dorastaniu osoby homoseksualnej (Michał) w czasach niekoniecznie sprzyjających nieheteronormatywności. Niby rzecz dzieje się nie tak znowu dawno temu, bo we wczesnych latach dwutysięcznych, ale pod tym względem akurat jest trochę jak w innej epoce. Jeszcze niewiele osób otwarcie mówi o swojej orientacji, jeszcze trudno o kulturowy przekaz, w którym nieheterycy mogliby się swobodnie odnaleźć. Dorastający Michał czuje, że jest ze swoim doświadczeniem całkiem sam.

Maciej Marcisz. Źródło zdjęcia: lubimyczytac.pl

Jednocześnie jednak ma pełną jasność, że nie zamierza przeżyć życia udając kogoś, kim nie jest. Wie, że niedługo wyjdzie z szafy, choć nie wie jeszcze kiedy ani jak. Ale życie w ukryciu w ogóle nie wchodzi dla niego w rachubę. Zbliża się moment, kiedy trzeba będzie wziąć całą swoją inność na klatę, ponieść ją dalej w przaśną, homofobiczną, polską rzeczywistość jak sztandar w walce o lepsze jutro. „Przez lata dzieciństwa raczej się nie bał. Łatwo było kamuflować coś, czego nikt nie podejrzewał. Nietrudno było ukrywać sekret, kiedy sekret był nie z tego świata. Dzieciaki z jego podwórka wyzywały się nawzajem od pedałów, ale nie uwierzyłyby, że wśród nich był ktoś taki…”. Komu brzmi znajomo, palec do budki.

Doświadczenie pokoleniowe

I tym sposobem dochodzimy do kwestii, od której być może powinnam była zacząć cały ten wywód. Bo niewykluczone, że największym atutem powieści Macieja Marcisza jest fakt, iż jej lektura jest w dużej mierze doświadczeniem pokoleniowym. Choć autor jest ode mnie o kilka lat młodszy (i ja, na przykład, zbiorową paranoję żałoby po papieżu pamiętam z okresu studenckiego, a nie licealnego), to jednak czuję się częścią tego samego pokolenia, nawet jeśli reprezentuję jego przeciwny koniec. Mam wrażenie, że to jest narracja, w której roczniki osiemdziesiąte po prostu muszą się odnaleźć, z sentymentem odkryć w niej pewną wspólnotę doświadczeń. Przejawiającą się czasem w zupełnych drobiazgach – takich jak walkmany albo chodzenie do Empiku, żeby sobie w spokoju poczytać gazety (których wcale nie zamierza się kupować). Marcisz jest absolutnie bezbłędny w przywoływaniu takich niepozornych obrazków, które z powodu swojej niepozorności właśnie trafiają prosto w punkt.

Zupełnie szczerze i z ręką na sercu powiadam wam, że zachwyciło mnie w tej książce praktycznie wszystko. Temat – tak bliski i do bólu ważny. Język – tak precyzyjny i przystępny zarazem, tak bardzo trafiający w sedno, podszyty nostalgią i dyskretnym humorem. I klimat przełomu wieków w końcu – tak świetnie oddany, że autentycznie czuję jakbym na chwilę przeniosła się w czasie. Może w niezbyt odległą, ale za to znajomą przeszłość. W przeszłość, w której przecież już kiedyś byłam, zmagając się z własnym, równie skomplikowanym dojrzewaniem.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu W.A.B.

Maciej Marcisz Książka o przyjaźni

Wydawnictwo W.A.B. 2021

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.