literatura

Zielone Wzgórze przed Anią. Recenzja książki „Maryla z Zielonego Wzgórza” Sarah McCoy

Kiedy w księgarni wzięłam tę książkę do ręki, moja pierwsza myśl brzmiała: że też nikt nigdy wcześniej na to nie wpadł!

No, bo naprawdę. Że Ania z Zielonego Wzgórza żyje i ma się świetnie, raczej nikt nie ma wątpliwości, a najlepszym dowodem niedawny serial Netflixa Ania, nie Anna z uroczą Amybeth McNulty w roli głównej. Rudowłosa sierota, odmieniec i marzycielka, która swoją wrażliwością i nieokiełznaną wyobraźnią zmienia życie całego miasteczka, to postać tak ponadczasowa, że raczej nie grozi jej zapomnienie. Kolejne pokolenia twórców powołują i będą powoływać do życia kolejne wersje Ani Shirley – w tym tkwi jej siła.

Sarah McCoy. Źródło zdjęcia: lubimyczytac.pl

Maryla i Mateusz

Ale przecież ta historia ma też i innych, cichych i mniej spektakularnych bohaterów. Nie byłoby Ani z Zielonego Wzgórza bez Maryli i Mateusza Cuthbertów – rodzeństwa, które przygarnęło dziewczynkę, dając jej miłość, wsparcie i pokoik na facjatce z widokiem na Królową Śniegu (dla niewtajemniczonych – dzika wiśnia za oknem). I choć przywykliśmy traktować te postaci jak tło dla głównych wydarzeń, to pewnie niejeden z nas (czy może raczej – niejedna) czasem zastanawia się, co było wcześniej. Jak wyglądało życie na Zielonym Wzgórzu przed Anią? Jacy byli Maryla i Mateusz jako młodzi ludzie? Jakie historie kryje ich przeszłość?

Och, Marylo, co się stało?

W posłowiu Sarah McCoy zdradza, że do napisania tej książki zainspirował ją właściwie jeden fragment Ani z Zielonego Wzgórza. Czy może – jedno niedopowiedzenie. W rozdziale XXXVII powieści Lucy Maud Montgomory Ania i Maryla rozmawiają o Gilbercie i w trakcie tej rozmowy Maryla wyznaje Ani, że kiedyś ona sama i ojciec Gilberta, Jan Blythe, stanowili parę dobrych przyjaciół, a ludzie nawet uważali ich za parę. Na co Ania odpowiada: „Och, Marylo, co się stało? Dlaczego…?”.

„Pytanie Ani brzmiało echem w moim sercu przez całe życie” – pisze Sarah McCoy. – „Niniejsza powieść stanowi odpowiedź na to pytanie”.

Autorka tworzy więc własną wersję wydarzeń sprzed przybycia Ani do Avonlea – ale robi to z dużym wyczuciem, trzymając się ducha oryginalnych powieści i na tyle dobrze poruszając się w realiach historycznych, że jak dla mnie ta wersja brzmi całkiem wiarygodnie.

Rodzina Cuthbertów i fascynująca ciotka

Marylę poznajemy jako trzynastoletnią dziewczynę, mieszkającą z rodzicami i bratem na nowo wybudowanej farmie na wzgórzu, którego nikt jeszcze nie nazywa Zielonym Wzgórzem. Jej mama, Klara, jest w zaawansowanej ciąży i nie czuje się najlepiej, do Cuthbertów przyjeżdża zatem ciotka Izzy (bliźniaczka mamy), żeby zaopiekować się ciężarną i trochę pomóc rodzinie. Przybycie tajemniczej i fascynującej ciotki wstrząsa poukładanym światem Maryli, która nagle, po raz pierwszy w życiu zaczyna zdawać sobie sprawę z tego, że jest życie poza Avonlea. A w dodatku – że jest to życie ekscytujące i pociągające, pełne możliwości, tajemnic, blichtru i blasku. I że jest w tym życiu miejsce dla niezależnych, silnych i ambitnych kobiet – dokładnie takich jak jej niezwykła ciotka.

Izzy pomaga Maryli wyjść z izolacji, w której dziewczyna tkwi od czasu, kiedy przestała chodzić do szkoły (obowiązki domowe okazały się niemożliwe do pogodzenia z nauką) i namawia ją, między innymi, do wstąpienia do kółka robótek ręcznych. To tu właśnie Maryla pozna Małgorzatę, z którą natychmiast się zaprzyjaźni, a potem, dzięki niej – Janka Blythe’a. I uczucie zakwitnie w młodych sercach…

Oczywiście, wszyscy wiemy, że ta historia miłosna nie może mieć happy endu. Czytamy ją więc, od początku zastanawiając się, co pójdzie nie tak.

Wiek dziewiętnasty i jego wyzwania

W tle zaś przetacza się przez świat burzliwy wiek dziewiętnasty i czasami wielka polityka zagląda również do cichego Avonlea. Pewna niezapomniana wizyta w nieodległym Hopetown uwrażliwi Marylę na kwestię niewolnictwa i każe jej z czasem zaangażować się – na własny skromny sposób – w sprawę abolicjonistów i w działalność Kolei Podziemnej. Muszę przyznać, że choć ten wątek fabularnie wydał mi się odrobinę zbyt naciągany (bo gdyby Maryla rzeczywiście była zaangażowana w tak ważną sprawę, to chyba wypłynęłoby to w którymś momencie cyklu o Ani?), to jednak charakterologicznie okazał się jak najbardziej wiarygodny. Tak, to ma sens, że ta cicha, pracowita, surowa Maryla, stanąwszy w obliczu najważniejszego chyba problemu swojej epoki, zaczyna – tak po prostu – robić to, co uważa za słuszne. Po cichu, dyskretnie ale konsekwentnie, nie robiąc wokół siebie szumu i nie oczekując poklasku. Przecież to jest właśnie kwintesencja Maryli.

Charakterologiczna spójność

I właśnie ta charakterologiczna spójność postaci, ich zgodność z późniejszymi wersjami samych siebie, to jest – jak dla mnie – największa siła powieści Sarah McCoy. Nie mam żadnych wątpliwości, że jej Maryla to jest ta sama Maryla, którą znam od dziecka a jej Mateusz – ten sam Mateusz. Pewnie łatwo byłoby dać się ponieść wyobraźni i napisać im obojgu szalone i złożone historie albo obdarzyć ich bardziej barwnymi (i być może atrakcyjniejszymi z punktu widzenia współczesnego odbiorcy) osobowościami, ale autorka na szczęście nie wpada w tę pułapkę. Rodzeństwo Cuthbertów pozostaje dokładnie takie, jakie było: to małomówni, skromni i pracowici ludzie, wiodący spokojne życie na wzgórzu na obrzeżach Avonlea. Historie ich życia nie okazały się spektakularne ani porywające – były ciche i proste, tak jak i oni sami. Co za ulga!

Maryla z Zielonego Wzgórza to naprawdę przyjemna wycieczka sentymentalna do krainy dzieciństwa. Wspaniale było wrócić po latach na Zielone Wzgórze i zastać je dokładnie takim, jakim je zapamiętałam. To było – jakkolwiek rzewnie to brzmi – jak powrót do domu

Sarah McCoy Maryla z Zielonego Wzgórza

Tłumaczenie: Hanna Kulczycka

Wydawnictwo Świat Książki 2020

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.