literatura

„The Chronology of Water” Lidii Yuknavitch – Ciało w wodzie

Na początku był wstrząs, bo dotarło do mnie, że oto czytam jedną z najważniejszych książek mojego życia. Jedną na sto, pięćset, tysiąc, jedną z tych kilku, do których będę wracać już zawsze, bo jest w niej wszystko to, czego szukam w literaturze. Zdania, które czytałam po trzy razy, a potem powtarzałam w myślach, zamykając oczy. I bezradność – że nie jestem w stanie nikomu o tym opowiedzieć. Bo dotyka mnie, osobiście, zbyt głęboko, dotyka czegoś w samym rdzeniu mojego jestestwa. I wszystkie słowa wydają się nieadekwatne. Za małe.

Jest kilka poziomów, na których trafia do mnie pisanie Lidii Yuknavitch. Pierwszy z nich jest organiczny. Ten pierwszy poziom to wściekła dziewczyna mówiąca do ukrytej we mnie wściekłej dziewczyny. Wściekłość, którą rozumiem nie głową, a trzewiami. Wściekłość, którą ona pisze ciałem, a ja czytam ciałem; wściekłość, która w całej swojej dzikiej furii jest żeńska. Wściekłość ciała wypchniętego poza nawias.

I tu pierwszy poziom mojego rozumienia pisania Lidii Yuknavitch przechodzi płynnie w drugi, bo oto dzieje się coś, co nie do końca potrafię wytłumaczyć. Nagle to moje organiczne, fizyczne, cielesne rozumienie przechodzi w rozumienie intelektualne. I z jakiegoś tajemniczego powodu wiem, że jest takie miejsce, na styku cielesności i wściekłości, które jest tylko żeńskie, z którego rodzi się najlepsze kobiece pisanie i z którego rodzi się też depresja. Że jest taki splątany twór wewnątrz kobiecego ciała. Cielesność/wściekłość/pisanie/depresja. Vide: Virginia Woolf. Vide: Sylvia Plath. I że jak z tego miejsca piszesz, to trafiasz w samo sedno.

Potem jest poziom kolejny, na którym czuję potrzebę, żeby jakoś teoretycznie rozmontować pisanie Lidii Yuknavitch, bo przecież widzę, co ona robi, widzę, że robi to świadomie. Że uprawia w praktyce écriture feminine, że u samych fundamentów jej języka słychać wyraźnie śmiech Meduzy. Hélène Cixous tak oto definiuje pisanie kobiece „…przez pisanie kobieta znów zaistnieje ciałem, które jej więcej niż odebrano, bo sprawiono, że było dziwnie obce jej samej, stało się jakby chore lub martwe, podszeptywało złe myśli, było ciągle przyczyną lub miejscem wstydliwych zakazów. Cenzurując ciało, cenzuruje się też oddech i mowę”.

Lidia Yuknavitch nie cenzuruje ani ciała, ani mowy – jej nieokiełznana seksualność wdziera się w tekst i pełnym głosem domaga rozpoznania: „Spałam z trojgiem swoich profesorów – dwoma mężczyznami i jedną kobietą – próbując, zdaje się przywrócić dyskursowi ciało. HEJ! A co z ciałami? Co z hałaśliwym, mokrym, łamiącym zasady ciałem, jakby wymazanym przez całą tę wzniosłą myśl”. Lidia nie pozwala „odebrać” sobie ciała. Przeciwnie, seksualność jest dla niej areną niekończących się doświadczeń – fizycznych i metafizycznych. Jedna z bardziej pamiętnych scen przedstawia sesję BDSM, podczas której Lidia – za sprawą dużo starszej od siebie kobiety – doświadcza terapeutycznego oczyszczenia: „wszystkie próby ogniowe mojego życia stały się znów dostępne na powierzchni mojego własnego ciała”. Yuknavitch nie stawia własnej seksualności żadnych granic, nie używa dookreślających terminów, takich jak hetero czy homoseksualna. Pożąda w sposób dziki i nieujarzmiony, pożąda mężczyzn i kobiety, pozwala by pożądanie niosło ją wciąż na nowe wody.

I dalej Hélène Cixous: „Tekst kobiecy nie może, nie może być niczym innym niż aktem wywrotowym: jeśli się go pisze, to tylko wylewając się jak wulkan, spod starej nieruchomej skamieliny”.

Te wulkaniczne erupcje tekstu to w przypadku Lidii coś więcej niż katharsis czy akt autoterapii – to „dziki, niepowstrzymany powrót stłumionego. Jak pęknięty skrzep krwi. Oszalałe dłonie. Słowa z całego mojego ciała, z całego mojego życia i z życia innych kobiet i dziewcząt, którym własne historie ugrzęzły w gardłach, wypłynęły ogromną rzeką (…). Były słowa i było moje ciało i widziałam przez skórę. Wypisałam z siebie własne wnętrzności. Aż stały się książką”.

Wszystkie traumy, które Lidia Yuknavitch przekuwa w literaturę są tak czysto cielesne, że sam pomysł oddzielenia cielesnego doświadczenia od intelektualnego oglądu wydaje się absurdalny. Molestowanie seksualne. Urodzenie martwego dziecka. Nie ma tu miejsca na intelektualny dystans. Ciało doświadcza. Ciało płonie. Ciało pisze.

Tyle tylko, że do napisania siebie ciało z konieczności musi używać języka, który dostępny jest tu i teraz, ze wszystkimi jego logocentrycznymi ograniczeniami. I jest u Lidii Yuknavitch cały ten wewnętrzny konflikt kobiety piszącej. Bo kobieta pisząca opanowuje język, który ją wyklucza, stawia w opozycji do umysłu i światła, w jednym rzędzie z księżycem, ciemnością i uczuciem. Kobieta pisząca opanowuje wrogi jej język, język ojców, którego potem będzie używać do demontowania systemu od środka. Jeszcze raz Hélène Cixous: „kobieta funkcjonowała zawsze wewnątrz mowy mężczyzny, oznaczając zawsze odesłanie do przeciwnego znaku, który zarazem niszczył jej specyficzną energię”. Tak więc kobieta pisząca musi wejść w język ze świadomością, czym ten język jest. Ze świadomością, że pewne słowa – jeśli nie użyje się ich świadomie, z zamiarem rozsadzenia od środka prawideł języka – zostaną wykorzystane do zachowania status quo.

U Lidii Yuknavitch ten konflikt języka i ciała prowadzi do niezwykłego, obrazowego rozdwojenia: „…kobieta we mnie, której nigdy nie spotkałam. Wiecie, kim była? Moim intelektem. Otworzyłam drzwi i stała tam, z zadziornymi, czerwonymi okularami na nosie, w dobrze leżącej spódniczce i ze skórzaną torbą na książki pod pachą. A ty to kto do cholery, pomyślałam (…). Na co odpowiedziała: jestem Lidia. Mam pragnienie języka i wiedzy, które rozsadzi ci umysł. (…) Przychodzę od twojego ojca”.

To dość paradoksalne, że właśnie od ojca. Od ojca w sensie dosłownym – „którego intelekt nosiłam w strumieniach własnej krwi”. Ale też od ojców w sensie przenośnym: krytyka literacka – ta nauka białych mężczyzn – pozwoli Lidii znaleźć narzędzia umożliwiające pisanie o ciele i przemocy. I właśnie o tym będzie jej doktorat. A jednak – żeby już całkiem zapętlić paradoks Akademii – kiedy w efekcie romansu z jednym ze studentów (który później zostanie jej trzecim z kolei mężem) Lidia zajdzie w ciążę, społeczność uczelni znów spróbuje wypchnąć jej ciało poza nawias. Na co ona odpowie podziwu godnym oporem: „Zadawałam sobie sporo trudu, żeby wciskać się do wind pełnych wywyższających się kolegów. A w głowie kołatała mi się myśl: jestem tą kobietą, o której uczycie na zajęciach z literatury. Ale tym razem nie uczcie o mnie jak o pozbawionej głosu. Tym razem krzyczę (…). Nie jestem Hester Prynne.”

The Chronology of Water Lidii Yuknavitch to pamiętnik, jakkolwiek nieadekwatne wydaje mi się to słowo. Pamiętnik złożony z ponad pięćdziesięciu opowieści, które przeplatają się ze sobą i wirują, jakby unosiły się na wodzie. Pamięć jest płynna i płynna jest też narracja Yuknavitch, niektóre wspomnienia wyskakują wciąż na powierzchnię jak korek, inne przepływają obok niesione własnym nurtem. Układa się to jednak w całość, rządzoną jakąś własną chronologią. Chronologią wody.

Woda zresztą łączy wszystkie te opowieści. Niekoniecznie metaforycznie. Młoda Lidia jest zawodową pływaczką, której dzięki stypendium sportowemu udaje się wyrwać z przemocowego domu, uciec przed molestującym ją ojcem i pogrążoną w depresji matką-alkoholiczką. I choć przez uzależnienie od alkoholu i narkotyków prędko straci stypendium, przestanie trenować, a w końcu też – studiować, pływanie będzie towarzyszyć jej przez całe życie, a woda pozostanie na zawsze jej bezpiecznym miejscem.

Płynąc za Lidią przez historię jej życia, zastanawiam się, jak to jest w ogóle możliwe, że przeżyła. Nie ma jakiegoś limitu złych doświadczeń i nieszczęść, po osiągnięciu którego pęka serce? Przemoc seksualna. Nałóg. Depresja. Więzienie. Dwa rozwody. Martwa córka. Nie za dużo tego na jedno – jakkolwiek silne by ono nie było – ciało?

Aż nagle wiem, o co chodzi, co jest w tym wszystkim najbardziej pociągające, dlaczego ta historia, krwią na ciele pisana, wydaje mi się tak cholernie piękna. To jest, w gruncie rzeczy, historia stara jak świat: historia o gównianym dzieciństwie, które udaje się przetrwać dzięki książkom. I o pisaniu, które – zupełnie dosłownie – ratuje życie. I o tym, że jest jakieś dalej. Po upadku, po stracie, po wszystkim, co przeżywasz i co może wydawać się końcem, po tym jak budzisz się pod wiaduktem w kałuży własnych wymiocin albo wysypujesz do oceanu prochy własnego dziecka. Jest jeszcze ciąg dalszy: „Można zmieścić życie i śmierć w tym samym zdaniu. W tym samym ciele (…). A co, jeśli jest w tym nadzieja”.

Dominika Ciechanowicz

The Chronology of Water: a memoir , Lidia Yuknavitch, Hawthorne Books and  Literary Arts, Portland – 2010

Książka The Chronology of water nie doczekała się jak dotąd polskiego wydania. Wszystkie zamieszczone w tym artykule fragmenty zostały przetłumaczone autorkę artykułu.

Zobacz także wystąpienie Liddi Yuknavitch w TED:

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *