esej,  kultura,  literatura,  recenzje

„Święte słowo” Sigríður Hagalín Björnsdóttir. Ciemna strona pisma

Sigríður Hagalín Björnsdóttir

Nowa książka islandzkiej dziennikarki, Sigríður Hagalin Björnsdóttir, zaczyna się niepokojąco i tajemniczo, od dwuczęściowego motta: cytatu z Levi-Straussa i fragmentu czternastowiecznej islandzkiej księgi Ormsbok, zawierającej pierwszy historyczny zapis alfabetu, którym do dziś posługują się Islandczycy. Pierwszy fragment ustawia lekturę w mrocznej optyce i każe nam ujmować wynalazek pisma, jako narzędzie władzy i przemocy. Drugi zdaje się być zaproszeniem do jakiegoś prastarego misterium. Oba odnoszą nas do języka pisanego, natury pisma, podwalin europejskiej kultury. Zaintrygowany i z nadzieją na magiczną czytelniczą przygodę wchodzę w głąb książki Sigríður H. Björnsdóttir.

Przyjrzyjmy się więc najciekawszym elementom powieści Święte słowo.

Z pewnością trzeba tu docenić ciekawą konstrukcję postaci i brawurowo pomyślany system nierozerwalnych więzi łączących je w pary, tria i kwartety. Na poziomie opisu relacji międzyludzkich i zależności społecznych Sigríður H. Björnsdóttir jest po prostu rewelacyjna.

Dwie z głównych bohaterek powieści, Julię i Ragnheidur, poznajemy jako młode kobiety, pełne marzeń maturzystki, które zostają uwiedzione, zapłodnione i opuszczone, przez tego samego mężczyznę. Dziewczyny szybko zdają sobie sprawę, że Orlygur nie ma zamiaru brać udziału w wychowaniu swoich dzieci i postanawiają ze sobą zamieszkać. Od tej pory ich losy pozostaną na zawsze splecione, a wspólne macierzyństwo okaże się dla obu ekscytującym wyzwaniem i motorem napędowym życia. Julia i Ragna nie zostaną parą, ale dla siebie i swoich dzieci stworzą swój własny niecodzienny mikrokosmos. Ich historia nie będzie sielanką, będą się schodzić i rozchodzić, wyprowadzać do kochanków i obrażać na siebie, kochać się i nienawidzić. Jednak już zawsze będą mogły na siebie liczyć. Świetny pomysł fabularny! Tak kuriozalny, że aż uroczy.

Kolejna para to oczywiście dzieci Julii i Ragnheidur. Na pierwszych stronach książki znajdujemy opis zdjęcia, na którym widoczna jest cała czwórka, Edda, Einar i ich matki: „Matki sytuowały się w środku wszechświata, były środkiem ciężkości naszego życia, wszechmocne i wszechwiedzące.” (s. 8) Ten opis dobrze charakteryzuje poziom magicznego niemalże zrośnięcia całej czwórki. Czytelnik musi się nieźle zastanowić które dziecko zostało urodzone przez którą kobietę, matki funkcjonują tu bowiem jako całość, co nie zawsze jest łatwe do zaakceptowania dla nich samych. Narracyjne „My” tworzące ten opis jest niedookreślone, nie wiemy jeszcze kto snuje opowieść, jedno z rodzeństwa czy dwoje naraz. Autorka, w całej powieści, stara się rozwarstwiać podmiot mówiący, zacierać granice i splatać ze soba perspektywy oglądu sytuacji. Narracja będzie się zmieniać, czasem dość nieoczekiwanie. Czytelnik będzie tu też konfrontowany z tekstem książki per „Ty”, co wydaje się zabiegiem raczej dzwinym i estetycznie słabo uzasadnionym.

Niezmienne pozostaną więzi łączące bohaterów. Ich nierozerwalność daleko przekracza normalne relacje rodzinne. Edda i Einar cierpią na skrajnie odmienne genetyczno-neurologiczno przypadłości: Edda jest hiperlektyczką, porozumiewa się ze światem za pomocą przeczytanych i zapamiętanych tekstów, Edda to medium tekstualności; Einar jest superdyslektykiem, mimo że nauczy się czytać, nigdy nie przekroczy granic introwersji. Świat Eddy jest niezupełny bez Einara, świat Einara jest niezrozumiały bez Eddy. Oboje od dzieciństwa doświadczają przerażającej samotności, mają świadomość swojej odmienności i nieprzystawalności społecznej. Skomplikowana i poruszająca relacja tych dwojga stanowi jeden z głównych wątków powieści.

Głównym kreatorem wszelkich komplikacji jest w tej powieści, oczywiście Orlygur, kochanek Julii i Ragnheidur, ojciec ich dzieci. Postać kontrowersyjna od początku, atrakcyjna literacko, ale konstrukcyjnie prosta, a rzekłbym nawet, zbyt prosta i przewidywalna. Trudno też nie zauważyć, że to dość pretensjonalna próba uwspółcześnienia figury Stawrogina. Nie mniej jednak, postać Orlygura ma w tej książce znaczenie kluczowe, to kozioł ofiarny powieści. Niesie na sobie ciężar wątku zapowiedziany już w słowach motta. Przykład człowieka, którego nieskrępowany dostęp do bogactw kultury, zamożność rodziców i dobre wykształcenie prowadzą do ekstremalnej degeneracji etycznej.

Szczególnie ciekawa jest w tej powieści początkowa faza relacji Orlygura i Julii. Są między nimi całe lewele wtajemniczeń. Mężczyzna jest obytym w świecie awangardowym artystą, czarującym niebieskim ptakiem, a jednocześnie wyrachowanym egocentrykiem, który czerpie przyjemność z ogromnej przewagi nad nastolatką. A jednak Julia otrzymuje od swego kochanka narzędzia intelektualnego rozwoju. Wystawy, ambitne filmy, poezja i filozofia napędzają umysł Julii i sprawiają, że edukuje się jak szalona, sama nie zdając sobie sprawy jak intensywny to proces. W tym przypadku słowo pada na podatny grunt. Rodzi się ciało mentalne, Julia staje się piękną i mądrą osobą. Świadoma, silna i z natury dobra podejmuje niezależne i brawurowe decyzje, które wywracają egocentryczny świat Orlygura do góry dnem.

Świetne są również figury drugoplanowe, np. Angel – wolontariusz(ka) z nowojorskiej biblioteki pomagająca Einarowi czytać Platona i obeznany z czarnym Internetem detektyw amator. Istota żyjąca w płciowej dwoistości, osoba tożsama z formą żeńską, lecz naturalna również w męskiej. Co ciekawe, Angel zachowuje równowagę i akceptuje w pełni binarność własnej natury. To uroczy ukłon islandzkiej autorki w stronę środowisk LGBT+.

Przyjrzyjmy się wreszcie głównym ideom powieści.

Są to: Krytyczna ocena kondycji postzachodniej kultury opartej na piśmie. Problem okrucieństwa i przemocy wpisany w kulturę, w relacje międzyludzkie oparte na umowach, prawach i podatkach. Problem przeniesienia życiowej aktywności ludzi do Internetu i niekontrolowanego przepływu informacji. Pojawia się też przy okazji pytanie o rzeczywisty poziom świadomości wykształconych ludzi.

Inspiracją w tych refleksjach jest dla islandzkiej pisarki słynny fragment platońskiego Fajdrosa [Plato, Phdr 274 b – 278b], w którym nieoceniony gawędziarz starożytności, Sokrates, opisuje mityczną sytuację, przekazania „wynalazku pisma” królowi Egiptu Tamuzowi przez boga Teuta. Mowa tu o dwoistym charakterze wynalazku pisma: jedno stanowisko mówi, że pismo jest lekarstwem na pamięć i mądrość, przeciwne, że pismo posieje w duszach ludzkich niepamięć, a także, że stworzy mądrość pozorną. Sokrates podkreśla również, że raz zapisanych słów nie da się już kontrolować, pismo może stać się niebezpiecznycm narzędziem w niepowołanych rękach.


Farmakon [w:] Pismo filozofii, Kraków 1993. przeł. B. Banasiak

Cytowany w powieści fragment dialogu Platona stał się kanwą głośnego eseju Jaquesa Derridy pt. Farmakon, w którym francuski filozof podejmuje wątek binarności znaczeń słowa określającego naturę pisma – pharmakon, które oznacza jednocześnie lek i truciznę. Echa tego eseju pobrzmiewają w powieści Sigridur H. Bjornsdottir, niestety niezbyt czystą nutą, bardziej w klimacie popowego remixu niż stylowego coveru.

Oczywiście sam temat platońsko-derridiańskiego dylematu w podejściu do pisma jest niezwykle ciekawy filozoficznie, jednakże sposób osadzenia go w powieści pozostawia sporo do życzenia. Podobnie zresztą jak jej cała konstrukcja.

Świete słowo to książka, w której autorka próbuje połączyć różne gatunki literackie i formy stylistyczne: elementy thrillera i dziennika, filozoficzne refleksje, skrawki poezji, medical-fiction i historię rodzinną. Pojawiają się bogowie rodem z wielu kultur i zakątków świata: egipski Teut, sumeryjska Inanna i karaibska Erzulie Dantor. Trudno oprzeć się wrażeniu, że autorka chciałaby napisać powieść atrakcyjną dla masowego odbiorcy, a jednocześnie podejmującą fundamentalne dla kultury tematy. W zamyśle to zacna koncepcja, natomiast w praktyce okazuje się zadaniem trudnym do przeprowadzenia. Ślady pisarskiego trudu psują lekturę. Powieść pęka w szwach i jest niedopracowana. Najciekawsze elementy wątków sensacyjnych rozstrzygnięte są w sposób absurdalny. Najbardziej nośne elementy refleksji wydają się zaś niedomyślane. Po lekturze zostaje wrażenie chaosu.

Z drugiej strony, w książce Sigríður Hagalín Björnsdóttir znajdujemy sporą ilość inspirujących pytań i refleksji. Mamy tu magię wewnętrznych wglądów i przeświadczenie o istnieniu świata sprzed słowa, świata bezpośrednio doświadczalnego i zrozumiałego. Jest marzenie o relacjach bez zapośredniczeń i nieporozumień; życiu bez etykietek, kłamstw i manipulacji. Obok obrazu upadku i okrucieństwa człowieka jest też wiara w ludzi i siłę międzyludzkich więzi; w rolę kobiet we współczesnej kulturze. Święte słowo nie jest powieścią całkowitą i spełnioną, a jednak takie próby napędzają światową literaturę, są czystą energią wciąż odradzającej się kultury. I niosą nadzieję, że pismo ma nam wciąż do zaoferowania coś nie do opisania.

Paweł Kaczorowski

Sigríður Hagalín Björnsdóttir, [Hið heilaga orð] Święte słowo; Wydawnictwo Literackie, 2020; Przełożył Jacek Godek

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *