literatura,  recenzje

Colson Whitehead „Miedziaki” – niezaleczone rany Ameryki

Colson Whitehead to czwarty w historii literatury amerykańskiej pisarz, który został dwukrotnie uhonorowany Nagrodą Pulitzera w dziedzinie fikcji – wcześniej podobnego zaszczytu doznali jedynie William Faulkner, John Updike i Booth Tarkington. Pierwsza z nagrodzonych tą prestiżową nagrodą powieści Whiteheada, Kolej podziemna. Czarna krew Ameryki, przenosiła czytelnika do czasów niewolnictwa i pozwalała zajrzeć za kulisy konspiracyjnego systemu przerzutu zbiegłych niewolników. Druga – uhonorowane w tym roku Miedziaki – osadzona jest w historii nieco mniej odległej, bo w latach sześćdziesiątych XX wieku.

Ale na początku jest współczesne, makabryczne odkrycie. Archeologowie pracujący w okolicy zamkniętego niedawno ośrodka poprawczego, popularnie zwanego Miedziakiem, znajdują nieoznakowany grób, a w nim szczątki kilkudziesięciu nastoletnich chłopców. Wygląda na to, że niektórzy z nastolatków skazanych na resocjalizację w tej ponurej instytucji, już nigdy jej nie opuścili. Trzeba dodać w tym miejscu, że choć powieść Colsona Whiteheada jest fikcją, to samo miejsce, niestety, fikcyjne nie jest i pod nazwą „Miedziak” kryje się rzeczywisty ośrodek poprawczy. W posłowiu autora czytamy, że zainspirowała go sprawa Dozier School for Boys w mieście Marianna w stanie Floryda i badania archeologiczne zespołu studentów z Uniwersytetu Południowej Florydy, których plonem stał się Raport z dochodzenia w sprawie zgonów i pochówków w byłej Arthur G. Dozier School for Boys. Florydzką placówkę zamknięto dopiero w 2011 roku, a szczątki kolejnych osób znajdowano jeszcze długo po oddaniu Miedziaków do druku.

Floryda, lata sześćdziesiąte. Kilkunastoletni Elwood Curtis to dobry chłopak: jest inteligentny i pracowity, uczy się, zarabia, marzy o studiach, a jego idolem jest Martin Luther King. Najcenniejszy skarb Elwooda to płyta z przemówieniami pastora Kinga, której prawie nigdy nie zdejmuje z gramofonu; czarny krążek, zużyty od ciągłego słuchania, obraca się trzeszcząc i konsekwentnie budując podwaliny światopoglądu i kodeksu postępowania chłopaka. Ruch walki o równe prawa początkowo jest dla niego tylko tym: głosem z innego świata i zbiorem idei. Ale fala wzbiera, ruch rośnie w siłę i nagle jest czymś namacalnym, nagle jest u drzwi. I w końcu Elwood może coś zrobić w imieniu własnym i w imieniu czarnych braci i sióstr – choćby pójść na demonstrację, dołączyć do pikiety, dać sprawie swój głos.

Elwooda wychowuje babcia – przekażę tu pałeczkę autorowi, bo nakreślił w kilku zaledwie zdaniach tak głęboką charakterystykę postaci, że trudno o lepszą: „Harriet Johnson była małym kolibrem w kobiecej skórze i do wszystkiego zabierała się z wściekłą determinacją. Jeśli coś było warte zrobienia – praca, posiłek, rozmowa z innym człowiekiem – należało to zrobić z całą powagą albo nie robić w ogóle. Pod poduszką trzymała maczetę do ścinania trzciny cukrowej na wypadek włamywaczy, ale Elwood nie potrafił sobie wyobrazić, że ta drobna kobietka boi się czegokolwiek. Jednak to właśnie strach ją napędzał”. W kwestii walki o prawa obywatelskie babcia ma własne zdanie, ukształtowane przez lata schodzenia białym z drogi i siadania na tyłach autobusu. Niekoniecznie popiera głębokie zaangażowanie wnuka, uważa je za niebezpieczne. I choć na wieść o zniesieniu segregacji rasowej z radości „zapiszczała jakby ktoś wylał na nią gorącą zupę”, to jednak „ciężka praca była fundamentalną cnotą, bo ciężka praca nie pozostawia czasu na marsze i pikiety. Elwood nie podbije świata, mieszając się do tej awantury przed kinem”. Widać więc, że cywilnej odwagi i zaangażowania społecznego Elwood nie wyniósł z domu, że raczej był w tej dziedzinie samoukiem.

Czasy są jednak takie, że czarnoskórym chłopakiem będąc, wystarczy znaleźć się w nieodpowiednim miejscu w nieodpowiednim czasie, żeby kłopoty same cię dopadły. Nawet jeśli wcale ich nie szukasz. I to właśnie przytrafia się Elwoodowi. Skazany na pobyt w Miedziaku, musi porzucić marzenia o świetlanej przyszłości i równości wszystkich ludzi i skupić się na przetrwaniu. Bo miejsce, do którego trafia to siedlisko przemocy i zła. Chłopcy są w Miedziaku poniżani, bici i molestowani seksualnie, a do tego niektórzy z nich znikają bez śladu. A komu uda się przetrwać i wyjść, z tym i tak to ciemne, złe miejsce zostanie na zawsze. Można wyciągnąć człowieka z Miedziaka, ale nigdy Miedziaka z człowieka…

Segregacja rasowa oficjalnie może i została zniesiona, ale Miedziak rządzi się własnymi prawami. Tu czarni chłopcy oddzielani są od białych, i choć przemocy doświadczają wszyscy, to jednak biali dostają do wykonania odrobinę łatwiejsze prace, a ich budynek mieszkalny jest w nieco lepszym stanie. Tak, żeby Murzyn przypadkiem nie zapomniał, gdzie jego miejsce w hierarchii. Absurd podziału rasowego kapitalnie obnaża przypadek Jaimiego: „Skakał po Miedziaku wte i wewte – jego matka była Meksykanką, więc nie wiedzieli, co z nim zrobić. Kiedy tu przybył, umieścili go wśród białych chłopaków, ale pierwszego dnia pracy przy limonkach tak pociemniał od słońca, że Spencer przeniósł go do czarnych. (…) potem dyrektor Hardee urządził sobie pewnego dnia obchód i zobaczył jasną twarz pośród ciemnych. Kazał skierować Jaimiego do części dla białych. Spencer odczekał spokojnie kilka tygodni, po czym przerzucił chłopaka z powrotem”.

W ośrodku Elwood poznaje Turnera, który do perfekcji opanował techniki przetrwania wewnątrz systemu. Turner, w przeciwieństwie do Elwooda, nie zastanawia się nad tym, jaki powinien być świat, czym jest sprawiedliwość i godność. Widzi rzeczywistość dokładnie taką jaka jest i szuka w niej dla siebie wyrw i możliwości. Potrzebny odpoczynek od pracy? Zawsze można najeść się mydła i przebimbać ze dwa dni w szpitalu!

Zdradzenie dalszych szczegółów akcji byłoby poważnym spojlerem, więc się powstrzymam i powiem tylko, że struktura kompozycyjno-fabularna zbudowana jest w tej powieści genialnie i prowadzi do zakończenia, które dosłownie zwala z nóg. Poważnie – to jedno z tych zakończeń, które stawia wszystko na głowie i sprawia, że przyglądasz się z niedowierzaniem ostatnim akapitom, zastanawiając się, jak to się mogło stać. A potem uświadamiasz sobie, że autor konsekwentnie prowadził cię w tym kierunku od samego początku, ale robił to na tyle dyskretnie, że widziałeś tylko to, co chciałeś widzieć.

Wbrew pozorom Miedziaki wcale nie epatują okrucieństwem, nie przytłaczają nadmiarem agresji. A jednak, przemoc obecna jest w tej książce non stop, jak dodatkowy, niemy bohater, o którym nawet nie trzeba za dużo mówić, bo i tak siłą osobowości góruje nad całą resztą. Często jest więc tylko akcentowana, sugerowana, jakby autor uchylał drzwi do sali tortur i cofał się mówiąc: sami zobaczcie.

Colson Whitehead po raz kolejny odsłania niezaleczone rany Ameryki, prześwietla miejsca, które łatwiej byłoby zostawić w mroku i skazać na zapomnienie. Pokazuje wszystko to, co najtrudniej zaakceptować jako część historii i własnego dziedzictwa: rasizm i tępą, bezmyślną przemoc. Pyta: chcecie czy nie chcecie wiedzieć? Bo przecież to miejsce wciąż tam jest, jak niemy oskarżyciel, straszące zardzewiałym żelastwem. „Dające świadectwo każdemu, kto chce patrzeć i słuchać”.

Colson Whitehead, Miedziaki, tłumaczenie: Robert Sudół, Wydawnictwo Albatros, 2019.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *