kultura,  literatura,  recenzje

Joyce Carol Oates „My Life as a Rat” – Nieszczęśliwe przygody małego kapusia

Joyce Carol Oates, amerykańska pisarka o imponującym dorobku, autorka kilkudziesięciu książek, w tym wielu bestsellerów, od lat wymieniana jest jako jedna z kandydatek do literackiej Nagrody Nobla. W Polsce znana jest głównie dzięki powieściom Córka grabarza, O człowieku, który stracił cień i Amerykańskie apetyty, jak również dzięki biograficznemu portretowi Marilyn Monroe pt. Blondynka.

Jej najnowsza powieść My Life as a Rat ujrzała światło dzienne w 2019 roku i w Stanach prędko stała się bestsellerem. Ponieważ polskiego tłumaczenia, jak na razie, nie widać na horyzoncie, wypada na chwilę zatrzymać się przy tytule oryginału. Tytułowy „szczur” to wbrew pozorom nie odrażające zwierzątko z długim ogonem i upodobaniem do piwnic, kanałów i rur, ale raczej tyle co „donosiciel”, „kapuś”, „kabel” (bardzom ciekawa, nawiasem mówiąc, na jaki tytuł zdecyduje się tłumacz, jeśli powieść zostanie kiedyś przetłumaczona na język polski). Z tytułu możemy zatem wnioskować, że będzie to historia o kimś, kto doniósł, kto wydał swoich ziomków – i musi zmierzyć się z konsekwencjami własnych czynów.

Tym kimś jest dwunastoletnia Violet Rue Kerrigan, najmłodsza z siedmiorga rodzeństwa, wychowana w rodzinie irlandzkich katolików w miasteczku South Niagara w stanie Nowy York. W rodzinie, w której hierarchia i zasady postępowania są jasne, niezmienne i niepodważalne: ojciec jest bogiem, chłopcy są ważniejsi od dziewczynek, a lojalność wobec rodziny to pierwszy punkt niepisanego kodeksu honorowego. Rodzina, krótko mówiąc, wysoce dysfunkcyjna.

Bomba wybucha, gdy którejś nocy Violet Rue staje się przypadkowym świadkiem nerwowej, przyciszonymi głosami prowadzonej rozmowy swoich najstarszych braci – coś o myciu samochodu i pozbywaniu się kija bejsbolowego. Ponieważ dziewczynka nie bardzo rozumie, co właściwie usłyszała, bez trudu przystaje na wymuszoną przez braci obietnicę: nikomu ani słowa.

Następnego ranka miasteczko obiega wieść o brutalnym pobiciu czarnoskórego chłopaka – sprawcy nie zostali zatrzymani, a ofiara w stanie krytycznym trafiła do szpitala. Prawdopodobna napaść na tle rasowym. Kiedy po kilku dniach pobity chłopak umiera w szpitalu, nie odzyskawszy przytomności, toczące się policyjne śledztwo zamienia się w dochodzenie w sprawie morderstwa. A mała Violet Rue powoli zaczyna dodawać dwa do dwóch.

A mimo to, wcale nie zamierza donosić – lojalność wobec rodziny przede wszystkim. Tyle tylko że jeden z upiornych braciszków rozbija jej głowę o oblodzone schody, usiłując w ten subtelny sposób przypomnieć o wiążącej ją obietnicy. Zdjęta gorączką, pogrążona w półśnie Violet Rue wyznaje szkolnej pielęgniarce wszystko, co wie. Na scenę wkracza policja i opieka społeczna.

Bardzo bym chciała móc napisać, że w tym momencie problemy tego nieszczęsnego, małego „kapusia” się kończą, ale niestety – dopiero się zaczynają. Rodzice dziewczynki, zamiast ruszyć jej na pomoc… wyrzekają się jej. I reszta kochającej, katolickiej rodziny też. Violet Rue zostaje oddana na wychowanie krewnym w innym mieście, rodzice i rodzeństwo nie chcą jej znać. A do nieszczęść znaczących pierwsze dekady życia Violet Rue wkrótce dojdzie jeszcze molestowanie seksualne…

Jak więc widać, to nie jest powieść dla wątłych duchem. Pamiętacie z dzieciństwa takie chwile, kiedy jakiś dzieciak z sąsiedztwa znalazł na ulicy rozjechanego kota i pół podwórka zbiegało się, żeby popatrzeć? I ktoś odważny brał kij i grzebał we wnętrznościach, a reszta się przyglądała? I to było tak obrzydliwe, że wszystkim robiło się niedobrze, ale jednocześnie tak fascynujące, że nie dawało się przestać patrzeć?

Lektura My Life as a Rat to mniej więcej takie doświadczenie. Życie Violet Rue jest jak rozjechany kot: tak obrzydliwe, że aż nie da się przestać patrzeć. Czytelnik prędko pozbywa się złudzeń i nadziei na jakieś szczęśliwe rozwiązanie – wiadomo, że tej dziewczynki nie spotka w tej historii nic dobrego. Osobiście gdzieś od połowy książki zaczęłam się zastanawiać, czy to jest w ogóle statystycznie prawdopodobne, żeby na jedno dziecko spadło tyle katastrof. I co ma właściwe z tego wynikać. A mimo to nie mogłam się oderwać, chciałam więcej i więcej. Nie wiem, czy to dobrze o mnie świadczy. Nie wiem, czy to dobrze świadczy o ludzkości w ogóle.

Powieść Joyce Carol Oates jest, w dużej mierze, komentarzem społecznym na temat patriarchatu, przemocy, nienawiści i rasizmu. Czyli na temat wszystkiego tego, co kolejne pokolenia wysysają z mlekiem matek, ze szkodą dla siebie i wszystkich wokół. Nastoletni chłopcy tłukący kijem czarnoskórego kolegę tak naprawdę wcale nie wychodzą poza scenariusz zachowań akceptowalnych w ich kręgach – to tylko niespodziewane zejście ofiary krzyżuje im szyki.

Pod wieloma względami doceniam tę książkę – za to, co mówi o społeczeństwie właśnie, za to jak precyzyjnie odsłania korzenie zła. I za kunszt pisarski, bo jest przecież doskonale napisana. A jednak… jakoś mi z Joyce Carol Oates nie po drodze. Za dużo tej brzydoty, zbyt nachalna ta przemoc, za ciemno w tym świecie. Co innego nie móc się oderwać od zdechłego kota, którego już się zobaczyło, a co innego dobrowolnie sięgać po następnego. Widok tego jednego zostanie ze mną na długo.

Joyce Carol Oates, My Life as a Rat; Wydawca: Ecco, 2019.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *