literatura,  recenzje

Swojskie wiedźmy z Zielonego Jaru. Recenzja książki „Cud, miód, Malina” Anety Jadowskiej

Zwariowana rodzina wiedźm

Weszłam ostatnio do Empiku i kupiłam książkę tylko dlatego, że spodobała mi się okładka – i zafundowałam sobie tym sposobem dwa wieczory niespodziewanie pysznej zabawy. Cud, miód, Malina Anety Jadowskiej to zbiór opowiadań o zwariowanej rodzinie wiedźm, które mieszkają w na pół ludzkim, na pół magicznym miasteczku o nazwie Zielony Jar i trochę żyją normalnym, ludzkim życiem, a trochę bardziej – tym drugim, znacznie mniej normalnym.

Narratorką większości opowiadań jest Malina Koźlak – młoda wiedźma, która dopiero rozpoznaje własne moce, a na co dzień pracuje w kawiarni. Lubi rysować komiksy i któregoś dnia przypadkiem zamienia swojego chłopaka w kozę. Jej mama, Aronia, jest jedną z najpotężniejszych czarownic w swojej rodzinie, głową sabatu oraz burmistrzynią miasteczka. Ciotka Minerwa bezbłędnie przewiduje przyszłość, a babcia Delfina eksperymentuje z czarną magią. Nestorka rodu – Narcyza, po przejściu na emeryturę rozbija się po świecie z bandą stuletnich koleżanek, przy okazji rozrabiając tak bardzo, że zaczyna ją ścigać Europol. Niezliczone ciotki, kuzynki i siostrzenice (chłopcy jakoś nie rodzą się w tej rodzinie, a mężczyźni, którzy żenią się z Koźlaczkami szybko dezerterują) zaludniają kolejne stronice tej uroczej książki, samą potęgą swoich osobowości dostarczając materiału na świetne opowiadania. A jak dodać do tego jeszcze ich magiczne moce…

Humor, styl i atmosfera

Tak więc postaci to bez wątpienia jedna z najmocniejszych stron tego zbioru opowiadań. Ale bynajmniej nie jedyna. Drugą jest cudownie lekkie pióro Anety Jadowskiej, jej humor i przyjemny styl. Książka napisana jest niezwykle zgrabnym językiem, nad którym autorka całkowicie panuje, nie pozwalając mu brnąć w udziwnienia czy niejasności. To sprawia, że Cud, miód, Malinę czyta się naprawdę znakomicie – to jedna z tych książek, które można przeczytać od deski do deski z autentycznym zadowoleniem i z uśmiechem na ustach.

Co jeszcze mnie urzekło, to sama atmosfera Zielonego Jaru – małego, sympatycznego miasteczka, którego mieszkańcy po prostu nauczyli się żyć z tym, że są wśród nich wiedźmy (i inne magiczne istoty). To zderzenie potężnych, magicznych mocy z codziennością Zielonego Jaru jest źródłem wielu zaskakujących starć i zwrotów akcji i daje dodatkowy efekt komiczny. Ale w przypadku jakiegokolwiek zewnętrznego zagrożenia, nikt raczej nie ma wątpliwości, że „zwykli” mieszkańcy miasteczka i „ich” wiedźmy grają w tej samej drużynie.

Słowiańskie korzenie

Mimo że o historii świata przedstawionego wiemy stosunkowo niewiele (znacznie więcej dowiadujemy się o historii samej rodziny Koźlaczek), to bez trudu można wyczuć, że ta rzeczywistość ma solidne, słowiańskie korzenie. Koźlaczki to są nasze, bardzo polskie wiedźmy, wyrosłe z naszych, bardzo polskich tradycji – i choć autorka nie bombarduje nas tu mitologią ani legendami, to czają się one gdzieś w podtekście, w aluzjach, w samym języku nawet („Na Swaroga!” – wykrzyknie wiedźma, kiedy się mocno zdenerwuje). Ta swojskość bardzo mnie przekonuje, urealnia ten świat, sytuuje go w codzienności, w naszym tu i teraz.

Wisienką na torcie są w tej pozycji przeurocze ilustracje Magdaleny Babińskiej, które dodatkowo stymulują wyobraźnię. W ogóle wydanie – z okładką włącznie – jest kapitalne. Sięgnięcie po tę książkę jest jak zafundowanie sobie całej torby cukierków. Naprawdę pyszne.

Aneta Jadowska Cud, miód, Malina

Wydawnictwo Sine Qua Non 2020

źródło zdjęć: lubimyczytac.pl

obrazek główny: freepik.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.