Felietony

W obronie przyjemności

Grzeszne przyjemności

Zastanawiałam się ostatnio nad tym, co uważam za swoje guilty pleasures – po polsku trochę jakby rzadziej stosowane grzeszne przyjemności. Guilty pleasures to takie lekko wstydliwe upodobania, zwłaszcza kulturalne, do których człowiek się publicznie nie przyznaje, bo mu trochę głupio. Na przykład, kiedy jakiś szanowany intelektualista czy inny profesor uniwersytetu ogląda sobie w wolnych chwilach komedie romantyczne. I to ogląda nie dla jakichś poważnych naukowych celów, takich jak zbadanie tworów popkultury i napisanie o nich uczonego traktatu, tylko dla autentycznej, ludzkiej frajdy. Ogląda, bo lubi i w dodatku zawsze płacze na końcu, kiedy się okazuje, że będą żyli razem długo i szczęśliwie.

W pierwszej chwili pomyślałam, że mam przecież takich guilty pleasures od groma i ciut ciut, bo czytam i oglądam tak dużo różnych rzeczy, że mogłabym spokojnie stworzyć sobie z nich całą grzeszną listę. Kryminały. Thrillery. Seriale młodzieżowe. Filmy familijne. Jeżycjada i Harry Potter. Youtuberki lifestylowe. Ale po chwili uświadomiłam sobie, że nie mogę przecież nazwać wszystkich tych rzeczy swoimi guilty pleasures, skoro w ogóle nie czuję się w związku z nimi guilty. Serio: poczucia winy nie stwierdza się. Ja po prostu, tak w głębi serduszka, zaprawdę uważam, że popkultura jest okej. Że jacyś zacni ludzie tworzą ją po to, żeby sprawić innym ludziom przyjemność. Więc niby dlaczego mielibyśmy z tego nie korzystać?

Strata czasu?

W przypadku literatury przekłada się to na literaturę popularną oraz tak zwaną literaturę środka. Które czytam i zawsze czytałam, choć bywały takie okresy w moim życiu, kiedy się do tego zupełnie nie przyznawałam i udawałam, że czytam tylko literaturę wysoką. Mam wrażenie, że tu sprawa może się wydawać trochę kontrowersyjna, bo wiele razy spotkałam się z opinią, że na czytanie pewnych rzeczy po prostu szkoda czasu i że jak już czytać, to tylko najwybitniejsze dzieła literatury. I tu pojawia się we mnie głęboki sprzeciw, czuję bowiem, że między ludźmi wyrażającymi tę opinię a mną jest na poziomie poglądów jakaś fundamentalna sprzeczność. Bo dla mnie osobiście czytanie nigdy nie jest stratą czasu. Czytanie samo w sobie jest w moim odczuciu jedną z najbardziej wartościowych form spędzania czasu, bez względu na to, co się czyta. Więc nawet, kiedy czytam coś średnio ambitnego, a nawet kiepskiego, to i tak sama ta czynność przebija w moich osobistych rankingach gdzieś tak dziewięćdziesiąt dziewięć procent wszystkich innych czynności, które w ogóle można w życiu wykonywać. Stratą czasu to może być sprzątanie, stanie w kolejce na pocztę albo gadanie z ludźmi, którzy mnie nie interesują. Czytanie – nigdy.

Co to jest literatura środka?

Jeśli już trzymamy się pojęcia literatura środka, to można się w tym miejscu zastanowić – ale właściwie środka między czym a czym? Co jest na przeciwległych końcach tej skali, którą literatura środka przecina jakoby na środku? Chodzi, zdaje się, o to, że literatura wysoka ma w założeniu pobudzać do głębokiej refleksji i być zajęciem intelektualnym dostępnym dla wybranych, zaś jej przeciwieństwo, literatura popularna, nie musi w ogóle do niczego pobudzać, tylko może ograniczać się do fabuły, za którą niezbyt wyrobiony intelektualnie czytelnik będzie mógł spokojnie nadążyć. Literatura środka natomiast ma być właśnie jakimś terenem wspólnym, punktem między tymi dwiema skrajnościami. Ma być zrozumiała i przystępna dla szerokiego odbiorcy, a jednocześnie dostarczać pewnych wartości poznawczych lub artystycznych i umożliwiać jakiś rodzaj refleksji, choć niekoniecznie tak głębokiej, jak w przypadku literatury wysokiej.

Jak dla mnie gołym okiem widać, że coś w tych podziałach jest niehalo. No bo kto, czym i jak to wszystko niby mierzy? Zwłaszcza głębokość tych refleksji? A poza tym, jeśli dajmy na to Szekspira i Dostojewskiego wrzucimy do kategorii z napisem literatura wysoka, a potem przypomnimy sobie, że ten pierwszy wystawiał sztuki dla gawiedzi, a drugi drukował swoje powieści w odcinkach po różnych gazetach, to nie da się nie zauważyć, że obaj bez skrupułów uprawiali literaturę środka. Tyle tylko, że mieli to szczęście, że dobrze się zestarzeli.

Grząski grunt snobizmu

Do czego zmierzam właściwie? Chyba do tego, że ten cały snobizm intelektualny jest w zasadzie zbudowany na bardzo grząskim gruncie. Bo w którym miejscu dokładnie przebiega ta granica, której człowiek wyrobiony intelektualnie nie powinien przekraczać, zwłaszcza publicznie? Gdzieś przy Henningu Mankellu albo Stiegu Larssonie? Przy Joannie Chmielewskiej albo Marcie Matyszczak? Czy bardziej w okolicach Sapkowskiego i George’a R.R. Martina? Albo może w ogóle literatura wysoka to taka twierdza na wzgórzu, oddzielona murem od wszystkich wyżej wymienionych autorów i tysięcy innych? I jak już się tam wejdzie, to pozamiatane, nie ma drogi wyjścia i trzeba przez resztę życia udawać, że czyta się dla przyjemności Czarodziejską Górę? To jest dopiero przerażająca perspektywa.

Lekceważenie literatury niższej niż ta najwyższa wydaje mi się, szczerze mówiąc, dość szkodliwym zjawiskiem. Literatura popularna bowiem, jak sama nazwa wskazuje, spełnia w społeczeństwie bardzo ważną rolę popularyzowania czytelnictwa. Nie oszukujmy się, Tomasz Mann i James Joyce, nawet gdyby bardzo się starali, nigdy nie trafią do mas tak jak Harlan Coben i Liane Moriarty. Więc kiedy ta wykształcona i wyrobiona intelektualnie elita zamyka się w swojej twierdzy i daje wszystkim innym do zrozumienia, że nie czytają wystarczająco dobrych książek, to nie tylko tworzy niepotrzebne podziały, ale jeszcze pozbawia nas możliwości jakiegoś szerszego dialogu. Bo o Ulissesie raczej nie porozmawiamy sobie wszyscy, a o jakimś porządnym thrillerze to już byśmy mogli.

A więc oddzielmy przymiotnik guilty od rzeczownika pleasure, oddzielmy grzeszne od przyjemności. Niech przyjemności pozostaną tak przyjemne, jak dobrze napisany kryminał.

Źródło obrazków: freepik.com

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *