literatura,  recenzje

Opowieść o pewnej tułaczce. „Wilcza rzeka” Wioletty Grzegorzewskiej

Dziennik z czasów zarazy

Jest wiosna roku 2020, pierwsze dni pandemii. Wiola, polska pisarka mieszkająca w Wielkiej Brytanii, właśnie odeszła od męża i przenosi się wraz z nastoletnią córką z wyspy Wight do Hastings. Zdąża, można powiedzieć, rzutem na taśmę – wydostaje się z wyspy ostatnim promem przed lockdownem. Zdecydowanie nienajlepszy to moment na przeprowadzkę: świat właśnie zatrzymuje się w miejscu i wszyscy zostają tam, gdzie akurat stali. A do tego jeszcze okazuje się, że mieszkanie, które miało czekać na Wiolę w Hastings wcale na nią nie czeka – i tak zaczyna się tułaczka pisarki i jej córki po kolejnych podrzędnych pokojach wynajmowanych imigrantom, schroniskach, a nawet ośrodku dla kobiet – ofiar przemocy.

Ponieważ proza Wioletty Grzegorzewskiej określana jest zwykle jako autobiograficzna, nie będzie chyba dużym nadużyciem założenie, że pisarka dość wiernie opisała w tej powieści własne doświadczenia i że Wilcza rzeka jest czymś w rodzaju osobistego dziennika czasów pandemii. Dziennika, który wprawia mnie, jako czytelniczkę, w niemałą konsternację i niedowierzanie, im dalej w niego brnę. To chyba moje pierwsze i najbardziej dojmujące wrażenie z tej lektury: czytam i ze strony na stronę coraz bardziej nie rozumiem, jak to wszystko jest w ogóle możliwe. Oto uznana polska pisarka ze wspaniałym dorobkiem artystycznym, laureatka i finalistka wielu prestiżowych nagród literackich – tak w kraju, jak i za granicą (nominowana między innymi do międzynarodowego Bookera, na litość boską!), która wiedzie na Wyspach życie na granicy nędzy i bezdomności. Dosłownie. Bywa, że musi pomieszkiwać u kogoś kątem i nie ma czego włożyć do garnka. Jej codzienność to praktycznie bezustanna walka o przetrwanie i zapewnienie córce jakiejś namiastki normalności, mimo warunków w jakich się znalazły. Warunków, którym do normalności naprawdę daleko. Dzielenie mieszkań z tabunem innych imigrantów, kolejki do wspólnej łazienki, współlokatorzy, o których nigdy nie można powiedzieć na pewno, czy właśnie wyszli z więzienia, czy też może akurat ukrywają się przed policją… Życie w ciągłej poczekalni, w zawieszeniu. Emigracja w najnędzniejszym wydaniu. Aż chciałoby się zapytać: kobieto, co ty tam w ogóle robisz?

Poetyka wiecznej tułaczki

Choć trzeba przyznać, że jest w tym wszystkim – mimo ogromu ludzkich tragedii, a może właśnie z ich powodu – coś perwersyjnie pociągającego. Jakaś poetyka wiecznej tułaczki, wybrzmiewająca tu własnym głosem pieśń o odrzuconych. To peryferie świata, na których pisarka znalazła się w sumie przypadkiem. Co zupełnie nie zmienia faktu, że weszła w tę rzeczywistość jak w masło, stając się częścią międzynarodowej społeczności życiowych wykolejeńców. Trudno mi oprzeć się wrażeniu, że na jakimś poziomie był to jednak wybór, a nie przypadek. Coś Wiolę na te peryferie ciągnie – być może fakt, że tak świetnie potrafi je opisać?

Wilcza Rzeka

Przez większą część czasu narratorka powieści zdaje się balansować na granicy załamania nerwowego. Ale jednak nigdy tej granicy nie przekracza, nie pozwala sobie zanurzyć się w powodzi tego wszystkiego, co bulgocze pod samą powierzchnią jej codzienności. A co bulgocze? Traumy, dawne krzywdy, bolesne wspomnienia z dzieciństwa, depresja, próby samobójcze, doświadczenie życia z uzależnionym i przemocowym partnerem. Jest tego tyle, że naprawdę łatwo byłoby dać się porwać nurtowi tej strasznej, Wilczej Rzeki i już nigdy stamtąd nie wypłynąć.

Metafora Wilczej Rzeki zaczerpnięta jest z życia (a raczej ze śmierci) utalentowanego, amerykańskiego muzyka, Jeffa Buckleya. Wiola słucha jego melancholijnej, nastrojowej muzyki i pisze: „pod koniec maja 1997 roku niespełna trzydziestoletni piosenkarz pojechał odpocząć na prowincję, popisać piosenki. Poszedł popływać i utopił się w wartkim dopływie Mississipi, który nazywał się Woolf River – Wilcza Rzeka. Wydawało mi się podejrzane, że zażywał rekreacyjnej kąpieli w ubraniu i ciężkich butach inżynierskich”.

Pisarka zdaje się być świadoma tego, że również i ona własną Wilczą Rzekę nosi w sobie – a skoro tak, to codziennie musi stawiać jej tamy, by nie pozwolić żywiołowi wylać się na powierzchnię. I jakoś nauczyła się z tym w sobie żyć, chwytając się codzienności jak najlepszej gwarancji przetrwania. Bo Wilcza Rzeka, Wilczą Rzeką, ale dziecko jakiś obiad zjeść musi.

Wykluczone z wykluczonych

Jedną z rzeczy, które autorce udały się w tej powieści najbardziej, jest szczery i przejmujący obraz życia emigrantów w UK. Ludzi, którzy opuścili rodzinne kraje w poszukiwaniu lepszego życia… po czym znów znaleźli się na samym dole drabiny społecznej. Bezrobotni, czasem bezdomni lub borykający się z uzależnieniami, zamknięci w zaklętym kręgu biedy i niemocy. Wiecznie wykluczeni. A wśród nich osobna podgrupa – wykluczone kobiety, będące często dodatkowo ofiarami przemocy. Czyli jakby wykluczone z kręgu wykluczonych, prawdziwa crème de la crème w negatywie.

Ostatnim miejscem, do którego trafia Wiola podczas swojej tułaczki jest ośrodek dla kobiet – i tu właśnie widzimy dramat wielu kobiet-emigrantek w pełnej krasie. Dziesiątki różnych historii, które jakoś dają się przecież sprowadzić do wspólnego mianownika. I może właśnie ta wspólnota doświadczeń sprawia, że między mieszkankami ośrodka rodzi się jakaś niezwykła solidarność, momentami nawet czułość. Bo skoro już znalazły się razem na samym dnie, to niby czemu nie miałyby, na przykład, zrobić naleśników ciężarnej sąsiadce? Autorka wydobywa takie drobne dowody człowieczeństwa z najciemniejszych miejsc – i jest w tym coś pięknego i przejmującego zarazem.

Wilcza rzeka to książka mocna, momentami wręcz porażająca. To doświadczenie z gatunku tych, które poruszają coś naprawdę głęboko, wprawiają w zadumę, z której długo trudno się otrząsnąć. Lektura, z której chyba nie da się wyjść bez szwanku.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu W.A.B.

Wioletta Grzegorzewska Wilcza rzeka

Wydawnictwo W.A.B. 2021

Źródło zdjęć: lubimyczytac.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.