literatura,  recenzje

Estonia, stwory z bagien i konszachty z diabłem, czyli „Listopadowe porzeczki” Andrusa Kivirähka

Powieść Listopadowe porzeczki Andrusa Kivirähka zabiera nas do małej estońskiej wioski, zagubionej gdzieś wśród lasów i bagien. Wiek jest (tak na oko) XIX, może XVIII – choć tak naprawdę trudno stwierdzić, bo lokalna społeczność od wielu pokoleń żyje tu w zgodzie z własnymi, zupełnie osobnymi (i osobliwymi) zwyczajami i tradycjami. Nadrzędną wartością jest przetrwanie, najbardziej hołubionymi zaletami – spryt i przebiegłość, a powszechnie podziwianymi śmiałkami – ci, którzy potrafią dobrze zachachmęcić i zakombinować. Mówiąc krótko i bez owijania w bawełnę – mieszkańcy wioski zajmują się głównie okradaniem bogatych (czyli mieszkańców dworu) oraz biednych (czyli siebie nawzajem). Oto, jak na pierwszych stronach powieści przedstawiona zostaje specyfika życia w tej dziwacznej osadzie: „Należało być zawsze czujnym, by ktoś nie wyniósł czegoś z twojego dobytku, jedynie mieszkańcy majaczącego w oddali dworu byli na tyle głupi, że (…) folwark bezustannie i niemiłosiernie okradano”.

Flaga Estonii. Źródło obrazka: freepik.com

Wioska nieziemskich stworów

Ale to jeszcze nic. Tak się bowiem składa, że obok ludzi wioskę zamieszkują wszelkiej maści stwory i zjawy rodem z ludowych podań. Strzygi, duchy, wiedźmy i upiory żyją sobie, jak gdyby nigdy nic, obok naszych bohaterów, a bywa, że i zmarli wpadną czasem na kolację (najlepiej im wtedy nakryć w saunie, żeby się biedaczyska ogrzali po wyjściu z tych zimnych grobów). Szczególną rolę w życiu codziennym wioski odgrywają kraty – domowe stwory, tworzone samodzielnie przez człowieka z tego, co akurat ma pod ręką (deski, patyki, druty, kawałki starych mebli… od biedy nawet śnieg się nada). Krat ożywa, gdy wykupi mu się duszę od samego diabła i potem mieszka ze swoim gospodarzem, wykonując drobne prace domowe oraz znosząc ukradzione sąsiadom dobra. Taki chłopiec na posyłki, z duszą prosto z piekła – no i z umiejętnością latania w bonusie.

A skoro już mowa o diable – on również chętnie zagląda w te rejony, bo skoro niemal każdy potrzebuje tu krata, oznacza to dla niego niezły ruch w interesie. Tyle tylko, że obrotni mieszkańcy znaleźli sprytny sposób na obejście zwyczajowej procedury (cyrograf, krew i te wszystkie wiadome konsekwencje) – kluczową rolę w tym podstępie odgrywa sok z tytułowych porzeczek. Tylko czy diabeł aby na pewno da się tak łatwo wyprowadzić w pole?

Szalona wyobraźnia i osobliwe postaci

Powieść Andrusa Kivirähka to rzecz absolutnie i cudownie szalona. Wyobraźnia autora hasa sobie swobodnie po estońskiej tradycji i mitologii, wybierając dla siebie co smaczniejsze kąski i układając z nich przedziwną mozaikę pełną absurdu, czarnego humoru, małych śmiesznostek i wielkich tragedii. Autor tworzy całą galerię osobliwych postaci, z których część śmieszy (jak Imbi i Ärni – para staruszków-przygłupów), część wkurza (jak twardogłowy Räägu Rein), część w końcu chwyta za serce (jak zakochana bez wzajemności Liina, która zamienia się w wilka, by czuwać z oddali nad ukochanym – też śmiertelnie zakochanym, tyle że w innej). Raz na jakiś czas z tej cudacznej plątaniny absurdów, odmieńców i nieziemskich stworów wyłania się więc okruch autentycznej ludzkiej tragedii – i lśni jak brylant w kaszance. W takiej scenerii każda tragedia musi wybrzmieć ze zdwojoną siłą rażenia – na tyle mocno, że jako czytelnicy nie bardzo wiemy, co z nią właściwie mamy dalej zrobić. Miało być tak zabawnie, a tu nieszczęście w surowej postaci; ten sam stary, dobrze znany, ludzki ból. I myślę sobie, że to nie może być przypadek; to musi być mistrzostwo świetnie skonstruowanej prozy.

Andrus Kivirähk. Żródło zdjęcia: lubimyczytac.pl

Listopad jako bohater

Powieść Andrusa Kivirähka składa się z trzydziestu rozdziałów, odpowiadających trzydziestu dniom listopada. Listopad jest zresztą nie tylko istotnym elementem tła tej historii, ale swego rodzaju dodatkowym, niemym bohaterem, dominującym swoją ponurą postacią nad całą resztą mieszkańców wioski. Na początku każdego dnia dowiadujemy się, w jakim nastroju się dziś obudził: czy „pogoda jak na listopad wyjątkowo łaskawa”, czy „całą noc lało jak z cebra i drogi zamieniły się w grzęzawisko”, czy też może „przed świtem zaczął padać tak gęsty śnieg, jakby ktoś wrzucił cały świat do worka z mąką”. Ponieważ od kaprysów pogody tak wiele zależy, nastroje listopada mają bardzo wymierne i namacalne konsekwencje – potrafią odciąć drogi dojazdowe do wsi, zerwać dach albo zniszczyć obejście. Towarzyszy nam przy tym przygnębiająca pewność, że listopad to dopiero początek katorgi; uwertura do długiej i ciężkiej zimy – i możemy sobie tylko wyobrażać, jak pozostała jej część będzie wyglądała dla nieszczęsnych tubylców. Że to nie jest łatwe miejsce do życia, widać gołym okiem – zupełnie nie ma co się więc dziwić bohaterom, że kiedy tylko mogą, wdają się w konszachty z siłami nieczystymi. Szczerze mówiąc, prawdopodobnie też bym tak na ich miejscu zrobiła.

Listopadowe porzeczki to powieść dobra i dziwna, zabawna i tragiczna, a przy tym realistyczna i fantastyczna jednocześnie. Pełna sprzeczności i niespodzianek, nieoczywista, magiczna i zupełnie niepodobna do niczego innego. Ale żeby ją w pełni docenić, trzeba chyba otworzyć sobie w umyśle dodatkową klapkę do świata wyobraźni. I uważać, żeby nam jej tam z rozpędu nie wyrwali razem z zawiasami.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję Wydawnictwu Literackiemu.

Andrus Kivirähk Listopadowe porzeczki

Tłumaczenie z języka estońskiego: Anna Michalczuk-Podlecki

Wydawnictwo Literackie 2021

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.