Felietony,  Islandia,  podróże

Migawki z życia emigrantów. Część trzecia: prowincjusze w stolicy

Jak człowiek przez kilka lat pomieszka sobie na islandzkiej prowincji, to nabiera dość osobliwych nawyków, od których w stolicy musi się nagle prędziutko odzwyczaić. Jednym z takich nawyków jest chodzenie wszędzie w rozciągniętym, domowym dresiku i w kaloszkach, bo po co i dla kogo się wysilać, skoro z miejsc, do których w ogóle można na takiej prowincji pójść i tak występują tylko: sklep spożywczy, basen oraz stacja benzynowa. Wyznam wam w tajemnicy, że zdarzało mi się nawet miewać pod tym rozciągniętym dresikiem piżamkę i iść sobie w takim wyjściowym stroju, na przykład, na basen. To znaczy piżamkę, oczywiście, przed wejściem do wody zamieniałam na strój kąpielowy, no bo bez przesady – nawet w najodleglejszych zakątkach kraju nikt tu nie pływa w piżamie, Islandczycy to jednak cywilizowani ludzie, nie jacyś barbarzyńcy. Po pływaniu za to nie ma nic fajniejszego niż zrzucić strój kąpielowy, narzucić z powrotem piżamkę, naciągnąć na nią dresik, wskoczyć w kaloszki, przejść szybko na drugą stronę ulicy, gdzie się akurat mieszka, zrzucić dresik – i voilà! Gotowa do spania! Genialna oszczędność czasu i energii! Tu, w stolicy, trochę się jeszcze boję takie numery wykonywać, bo nie chcę tak od razu wyjść na kompletną wariatkę. Musimy się trochę lepiej z tym całym Reykjavikiem poznać, zanim będę gotowa pokazać mu swoje prawdziwe oblicze.

islandzka prowincja

Drugą rzeczą, której musimy się obydwoje z Pawłem oduczyć, to kupowanie w Bonusie (to taka islandzka Biedra) hurtowych ilości wszystkiego. Wyprawa do dyskontu to była na prowincji cała ceremonia, wyjazd zawczasu zaplanowany i organizowany średnio raz w miesiącu – w najlepszym razie mieliśmy do najbliższego Bonusa sześćdziesiąt kilometrów, w najgorszym – ponad dwieście. Więc kiedy już tam dotarliśmy, to za każdym razem kupowaliśmy po dziesięć puszek pomidorów i fasolki, po kilka paczek ryżu i kaszy oraz całe kilogramy warzyw i owoców. Żeby potem nie przepłacać w tym lokalnym spożywczaku, co to można było do niego wyskoczyć w dresiku i kaloszkach (to wyskakiwanie było jednak zarezerwowane dla sytuacji podbramkowych, takich jak wyczerpanie zapasów świeżego szpinaku, niewytłumaczalny brak soli w całym domu albo nagła ochota na batonika z lukrecją). No i po latach takich praktyk trochę trudno się opanować na widok tych wszystkich puszek, słoików, makaronów i kalafiorów. I chciałoby się je wszystkie zabrać ze sobą do domu. Jeszcze nam się to nie mieści w głowach, że możemy sobie tu kupić jedną puszkę groszku, pół kilo ziemniaków, trzy marchewki i dwa pomidory i wrócić spacerkiem do domu, trzymając się za ręce i majtając beztrosko pojedynczą reklamówką z uśmiechniętym prosięciem. A jak czegoś nam zabraknie, to możemy tak po prostu pójść do sklepu jeszcze raz. PÓJŚĆ! Tak zwyczajnie, pieszo, na nóżkach! Niebywałe.

tęczowa ulica

***

W Reykjaviku mieszka jedna trzecia narodu, a mimo to tłumu na ulicach nie stwierdza się. Miasto jest żywe, rześkie, dynamiczne – ale nie przygniata, nie dusi i nie obezwładnia. Można spokojnie przejść w godzinach szczytu przez całe centrum i o nikogo się nie otrzeć ani nie zostać dźgniętym żadnym łokciem. Nawet teraz, w połowie listopada – czyli chyba o najmniej atrakcyjnej porze roku – Reykjavik robi dobre wrażenie; kipi życiem, młodą energią, różnorodnością i wielokulturowością. Otwartość to jego credo i najmocniejszy atut – część jednej z głównych ulic spacerowych, Skólavörðustígur, została nawet pomalowana na tęczowo z okazji którejś Parady Równości i tak już zostało. Można więc spokojnie powiedzieć, że tęczowa flaga na dobre wrosła w samą tkankę miasta. Nietolerancja nie jest dobrze postrzegana – waleczni autochtoni wciąż wspominają wizytę homofobicznego wiceprezydenta USA, Mike’a Pence’a z 2019 roku, którego powitała nie tylko demonstracja osób wymachujących transparentami i symbolami społeczności LGBTQ+, ale również bardzo czytelne gesty ze strony władz. Sam prezydent kraju i pierwsza dama nałożyli tego dnia tęczowe bransoletki, a przed siedzibami największych islandzkich firm zawisły kolorowe flagi. Jakby cała stolica chciała powiedzieć jednym głosem: „Nie z nami te numery, Pence”.

Rakieta gotowa do startu

Nad miastem góruje strzelista wieża kościoła Hallgrímskirkja – ikona miasta i jego najbardziej charakterystyczna budowla, trochę przypominająca rakietę kosmiczną tuż przed startem. Ascetyczne i surowe wnętrze Hallgrímskirkja wprawia mnie w autentyczny zachwyt – w środku jest niemal pusto. Żadnych ociekających złotem ozdób, facjat niezliczonych świętych ani pękatych aniołków w głupich falbankach. Tylko biel, spokój i cisza. W takich warunkach to ja rozumiem, że można się modlić albo medytować, jak człowiekowi z każdej strony nie patrzą z wyrzutem na ręce wszyscy Krewni i Znajomi Chrystusa.

street art

Zaznawszy uniesień duchowych, dobrze się dla odmiany zatopić w wąskie uliczki odchodzące od głównego deptaka, Laugavegur. Tam, w niepozornych zaułkach i ciemnych zakamarkach można znienacka natknąć się na street art w najlepszym wydaniu i zafundować sobie tym sposobem prawdziwą ucztę dla oka i wyobraźni. Podobno graffiti dotarło do Islandii stosunkowo późno i bujny styl dzisiejszych murali – trochę fotograficzno-realistyczny a trochę baśniowo-magiczny – zaczął się wykluwać dopiero na początku lat dwutysięcznych. Ale za to jak już się wykluł, to z przytupem i dziś trudno się nie zgodzić, że to jeden z najciekawszych aspektów artystycznej ekspresji samych mieszkańców.

Zdecydowanie nie należę do ludzi, którzy czują jakąś silną więź emocjonalną z miastami, ani tym bardziej do pisarzy, którzy tworzą peany na cześć metropolii. Szczerze mówiąc nigdy nie byłam w stanie zrozumieć nikogo, kto twierdzi, że kocha jakieś miasto. Kochać to można, podług mojego serduszka, góry albo morze, ale chyba nie miasto? Bo co w mieście jest niby do kochania – budynki, hałas, ulice? Ludzie? Fuj. Ale nawet ja – introwertyczka, która w gruncie rzeczy nie lubi miejskiego życia – czuję, że w Reykjaviku dam radę żyć. Bo nie przeraża i nie przytłacza; bo da się tu oddychać, dojść wszędzie na piechotę i w dodatku ocean jest zawsze od ręką, jakby co.

***

Pani, od której wynajmujemy mieszkanie pojawia się któregoś mroźnego przedpołudnia z zestawem świeżej pościeli, żeby zobaczyć, jak nam się mieszka. Jest bardzo miło, wymieniamy się uprzejmościami, uśmiechamy się do siebie nawzajem i żartujemy, aż w końcu postanawiamy zapytać o ten kaloryfer, co to go od dwóch tygodni nie potrafimy wyłączyć. Jak by nie kręcić tym pokrętłem, ciągle grzeje jak nienormalny. W związku z tym cały czas mamy otwarte okno – w listopadzie! – bo inaczej w środku byłaby taka sauna, że chyba musielibyśmy non stop chodzić na golasa. Pani patrzy na grzejnik, patrzy na okno, patrzy na nas, wzrusza ramionami i diagnozuje: „it’s broken”.

Energia z trzewi piekieł

No, że broken, tośmy akurat sami rozkminili, tłumaczymy niefrasobliwej pani, ale może warto by było jednak naprawić? Wezwać kogoś? Bo jak będziemy tak ciągle grzać na maksa i od razu wypuszczać całe to ciepło oknem, to przecież trochę bez sensu i rachunki za ogrzewanie przyjdą kolosalne.

Pani niedbale macha ręką. No worries. Ogrzewanie jest tanie na Islandii. Nie ma co naprawiać, bo nie warto. Słowem – niech se grzeje.

No i takie buty, rozumiecie. Świat zmaga się z kryzysem energetycznym, znajomi w Polsce zastanawiają się, czy już włączać ogrzewanie czy może raczej pochodzić sobie jeszcze trochę po domach w czapkach i rękawiczkach, a na Islandii nie warto skręcać rozbuchanych grzejników. Ponoć ponad 90% islandzkich domów jest ogrzewanych energią geotermalną – a tak to już jest, że jak się czerpie ciepło z samych trzewi piekła, to nikomu raczej do głowy nie przyjdzie, żeby oszczędzać. No, bo faktycznie – skoro ziemia sama z siebie obficie i hojnie bucha wrzątkiem, to kto by się tam ograniczał.

Pani odjeżdża, uwożąc w siną dal naszą brudną pościel. Machamy jej niefrasobliwie przez otwarte okno.


Jeśli podoba Ci się nasz blog i chcesz nas wesprzeć, możesz postawić nam wirtualną kawę: buycoffee.to/naszanisza.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *