Felietony,  Islandia,  podróże

Migawki z życia emigrantów. Część czwarta: To nie moi ludzie

Zderzenie z rodakami na emigracji bywa o wiele większym szokiem kulturowym niż pierwsze spotkanie z tubylcami.

Najpierw jest wstrząs i niedowierzanie. Masz wrażenie, że znalazłaś się na planie komedii o polskich prostakach, takiej mocno przejaskrawionej, gdzie wszyscy celowo mówią: „poszłeś”,„wdepłeś” i „bekłeś”, a w tle lecą Majteczki w kropeczki albo Wolność i swoboda. To przecież niemożliwe, żeby oni tak na serio, te wszystkie polskie buraki w dresach i z wąsem, te panienki obwieszone złotem i z doklejanymi rzęsami, przecież nawet w Polsce nie ma już takich ludzi, bo wymarli pod koniec poprzedniego stulecia. No dobra, może ostatnie, pojedyncze egzemplarze zachowały się jeszcze gdzieś na jakiejś zapadłej wiosce na Podlasiu, która doczekała się z tego powodu statusu skansenu i do której z całego kraju zjeżdżają wycieczki, żeby robić sobie zdjęcia na tle tak malowniczego i unikalnego folkloru.

Potem następuje etap wyparcia. To nie moi ludzie, mówisz sobie. Nie jestem jedną z nich. Przecież gdybyśmy wszyscy nadal mieszkali w Polsce, w życiu byśmy się nie spotkali, nasze ścieżki nie miałyby najmniejszej szansy się przeciąć. To taka grupa społeczna, z którą nie łączy mnie absolutnie nic: ani urodzenie, ani klasa, ani wykształcenie, ani wrażliwość, ani zainteresowania, ani gusta, ani cele, ani marzenia ani plany na przyszłość. No nic. Zero. Null. Nada. Poza tym, oczywiście, że przypadkiem znaleźliśmy się w tym samym momencie dziejów na tej samej kupie zaschniętej lawy na środku oceanu i teraz zerkamy na siebie nawzajem z lekką konsternacją. A to co za dziwo?

Następnie przychodzi złość. Złość na nich wszystkich, że są tacy beznadziejni i złość na niesprawiedliwy los, że pozwala na to, żeby taka wspaniała, inteligentna, utalentowana, wrażliwa i w ogóle wybitna jednostka jak ty była wrzucana do tego samego worka co ta cała hołota. Kiedy robisz zakupy w Bonusie i słyszysz ojczystą mowę, uciekasz ze swoim koszyczkiem na drugi koniec sklepu. Tu cię żaden rodak nie znajdzie, między kostkami tofu a słoiczkami hummusu, zgromadzenie naszych jak zawsze będzie przy kiełbasie. Byle nie nawiązać z nimi kontaktu wzrokowego, nie zdradzić drżeniem mięśni twarzy, że rozumiesz, co mówią. Może wtedy cię nie rozpoznają i zostawią w spokoju.

Na tym etapie masz ochotę krzyczeć, kiedy kolejny Islandczyk mówi ci o polskiej knajpie w Reykjaviku i pyta, czy już tam byłaś. Albo kiedy chce cię przedstawiać swoim polskim sąsiadom, którzy nie gadają z nikim w całym bloku, bo nikt ich nie rozumie. NIE, NIE BYŁAM W POLSKIEJ KNAJPIE I NIE, NIE CHCĘ POZNAWAĆ TWOICH POLSKICH SĄSIADÓW, TY PIEPRZONY RASISTO! DLACZEGO NIE WIDZISZ, ŻE NIE JESTEM JEDNĄ Z NICH? TO NIE MOI LUDZIE!

Po fazie złości nastaje faza walki o lepsze jutro. Będziesz szła dzielnie przed siebie z wysoko podniesioną głową i świecić będziesz przykładem niczym ta pochodnia. Sama jedna, światłością własnego umysłu, zwalczysz te wszystkie uprzedzenia i stereotypy, pokażesz wszystkim, że Polacy to wcale nie wiejskie ćwoki ze złotymi zębami i z pętem kiełbasy pod pachą, tylko normalni, cywilizowani ludzie, otwarci na świat, wykształceni, oczytani, kulturalni i znający języki.

Oczywiście – jak większość naszych patriotycznych zrywów i powstań narodowych – jest to walka dość beznadziejna i z góry skazana na niepowodzenie. Dopiero, kiedy sobie to uświadamiasz, przychodzi etap akceptacji. Akceptacji i dystansu. Niech sobie żyją, tak jak lubią, myślisz, niech sobie będą, jacy są. Nie ma sensu walczyć z rzeczywistością. Żyjecie teraz niby obok siebie, fizycznie blisko, ale mentalnie daleko, ale już nie udajesz, że nie mówisz po polsku i kiedy w Bonusie ktoś przypadkiem potrąca cię koszykiem wypełnionym kiełbą i kapustą kiszoną i burczy pod nosem jakieś przeprosiny, uśmiechasz się uprzejmie i odpowiadasz: „Nic się nie stało”. Bo już nie chcesz z cudzego powodu wypierać się własnych korzeni. A poza tym sama masz kapustę w koszyku.

W tym momencie myślisz, że to już koniec całego procesu, że ewolucja twojej relacji z braćmi i siostrami na wygnaniu dobiegła końca, że osiągnęliście we wzajemnych stosunkach wszystko, co da się w ogóle w tym temacie osiągnąć. Uprzejmy, chłodny dystans i beznamiętną akceptację. Aż tu któregoś dnia coś ci znienacka w mózgu zatrybi, coś kliknie i wskoczy na swoje miejsce. I nagle wszystko, co myślałaś dotąd o nich i o sobie wywraca się do góry nogami. Usłyszysz jakiś głupi żart o Polakach albo przeczytasz w internecie kolejny komentarz o tym, że Polacy zaniżają stawki godzinowe, bo godzą się pracować za mniej niż najniższa krajowa i nagle pomyślisz: nożeż kurwa mać. Przecież to są moi ludzie! I jeśli godzą się pracować poniżej najniższej krajowej, to dlatego, że ktoś z was – świadomych, liberalnych i równościowo wyedukowanych Islandczyków – wykorzystuje ich i oszukuje! Mieć pretensje to wykorzystywanych, krzywdzonych i dyskryminowanych o to, że pozwalają się wykorzystywać, krzywdzić i dyskryminować, to mniej więcej tak, jak obwiniać o przemoc ofiary przemocy. Powinniście to chyba wiedzieć w tej waszej oświeconej Skandynawii? A poza tym od kiedy to rasistowskie żarty są śmieszne? Z seksistowskich i homofobicznych żartów nikt się tu już od dawna nie śmieje; z czarnoskórych, Żydów, Niemców ani Szkotów tym bardziej, a z Polaków tak? Coś tu jest chyba jednak trochę niehalo, myślisz wklepując wściekły komentarz pod czyimś bezmyślnym postem.

I oto stało się. Przeszłaś na drugą stronę.

To już są twoi ludzie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *