Felietony,  Islandia

Migawki z życia emigrantów. Część siódma: sztormy, strajki i Agnieszka Holland.

Luty rozpoczął się od sztormów i strajków. Na przemian to nawiewa śniegu po kolana, to przychodzi ulewa z wichurą, żeby zmyć to wszystko i człowiek już-już zaczyna się cieszyć, że w końcu będzie można dotrzeć na przystanek, nie tonąc w śniegu po kolana… po czym znów nawiewa śniegu po kolana. Takie to uroki życia w najdalej wysuniętej na północ stolicy świata.

Strajkuje natomiast Efling, jeden z największych związków zawodowych w Islandii. W hotelu, w którym pracuję oznacza to wszystkich housekeeperów i całą obsługę restauracji. Recepcjoniści nie strajkują, tylko dzielnie tkwią na stanowiskach, usiłując ogarniać powstałe pandemonium.

Idzie nam średnio.

Luty w Reykjaviku albo Reykjavik w lutym

***

Jeszcze do niedawna słowo „strajk” kojarzyło mi się z oddolną inicjatywą społeczną, ze spontanicznym zrywem pracowniczym albo w ogóle ze skakaniem przez płot. W Islandii przestało mi się tak kojarzyć. Tutaj decyzja o strajku zapada gdzieś z dala od pracowników, na jakimś wyższym szczeblu: związki zawodowe negocjują z pracodawcami, a taki zwykły, najzwyklejszy pracownik (zwłaszcza imigrant) może w ogóle nic o całym tym procederze nie wiedzieć. Któregoś dnia dowiaduje się po prostu, że od jutra ma nie przychodzić do pracy, bo jest strajk. I nawet gdyby przypadkiem wcale nie chciał strajkować, to i tak nie ma wyjścia – związki zawodowe walczą w jego imieniu i ma się dostosować, jeśli nie chce się okazać łamistrajkiem albo w ogóle zdrajcą i szubrawcem. Podejrzewam, że nawet gdyby jakiś zagubiony nieogar pojawił się w pracy w dniu strajku, bo czegoś by, na przykład, nie dosłyszał albo źle zrozumiał, to pracodawcy i tak sami odesłaliby go do domu. Żeby nie zaogniać już i tak zaognionej sytuacji i nie łamać prawa. Bo strajki są legalne, a pracowanie podczas strajku – nie. Pracownik ma siedzieć w domu i strajkować. Albo oglądać Netflixa, czy coś.

A potem dostaje podwyżkę.

***

Specjalny pokaz filmu Europa, Europa w kinie Bió Paradis, a po nim – rozmowa z Agnieszką Holland. Strasznie jesteśmy przejęci. Agnieszka Holland w Reykjaviku!

Na sali jakieś pięćdziesiąt osób. Czas na pytania publiczności. Elegancki facet w średnim wieku przywołuje inne filmy reżyserki i pyta skąd u niej takie zainteresowanie systemami totalitarnymi i czemu tej tematyce poświęca w swojej twórczości tyle miejsca.

Paweł dźga mnie łokciem w ramię. Zerkamy na siebie z niedowierzaniem. A ten z jakiej choinki się urwał? Ale Agnieszka Holland, o dziwo, wcale nie parska śmiechem, nie upuszcza mikrofonu i nie zaczyna z radości turlać się po podłodze, tylko cierpliwie tłumaczy, gdzie i kiedy się wychowała, gdzie studiowała (złośliwa cząstka mojego umysłu zastanawia się, czy facet do tej pory szuka Czechosłowacji na mapie) i jak to wpływa na dalszą drogę człowieka, także tę twórczą.

Facet z poważną miną kiwa głową, że rozumie.

***

Reżyserka i emigranci

Tak szczerze mówiąc, to ja trochę nie dowierzam, że on rozumie. Mam wrażenie, że im się tutaj wszystkim wydaje, że ta cała komuna to był jakiś drobny epizod w historii Europy Środkowo-Wschodniej, coś, o czym mało kto już dzisiaj pamięta i co nie ma żadnego wpływu na współczesnych. Kompletnie nie mają tej perspektywy, która pozwoliłaby im zrozumieć, jak ten system przeorał całe pokolenia i co to dzisiaj oznacza dla nas – ich klasy pracującej. Jakie lęki, paranoje, kompleksy i frustracje przekazali nam rodzice i dziadkowie do poniesienia w świetlaną przyszłość i do dumnego zaprezentowania wolnemu światu. Jak bardzo kombinowanie i obchodzenie systemu to dla nas chleb powszedni właśnie dlatego, że system przez pół wieku trzymał cały naród za gardło i próbował zadusić każdą wolną myśl. I jak bardzo komuna to wciąż jest dla nas wszystkich punkt odniesienia (czy ktoś z nas w ogóle byłby w stanie obejrzeć polski film albo przeczytać polską książkę, nie zastanawiając się, czy fabuła osadzona jest „przed” czy „po”?).

Z jednej strony dużo bym dała za to, żeby urodzić się gdzieś tu, w nordyckiej części świata i mieć spokojną, dostatnią i bezpieczną przyszłość zapewnioną praktycznie od kołyski. Z drugiej strony – kiedy słyszę coś takiego, jak pytanie tego faceta do Agnieszki Holland, to po prostu nie mogę nie uśmiechnąć się z politowaniem i nie pomyśleć sobie: „dziecko, co ty wiesz?”. Ten pan wprawdzie mógł być ode mnie starszy o jakieś dwie dekady, ale jego dziedzictwo narodowe to niewinne owieczki na polach, elfy, trolle i niewidzialni ludzie, a moje – Poznański Czerwiec, Grudzień 1970 i Janek Wiśniewski padł. Więc nic nie poradzę na to, że czuję się przy nim strasznie mądra i doświadczona (nawet jeśli sama z czasów komuny pamiętam głównie Pankracego, Reksia i Rumcajsa).

***

Uroki dzielenia życia z filozofem:

– Pawełku, o czym myślisz?

– O niczem.

Zonk.

***

– You Polish people are so serious – kolega z Kraju Basków w zamyśleniu drapie się po brodzie, patrząc na mnie z troską, jakby zastanawiał się, jak może mnie uleczyć z tej polskiej przypadłości.

Próbuję obrócić to w żart, mówiąc, że w Polsce tylko wariaci i wiejskie głupki uśmiechają się na ulicy do obcych ludzi. Wtedy wtrąca się menedżerka i mówi, że ona osobiście bardzo sobie ceni tę polską powagę i skupienie na pracy. Ponoć dzięki temu, między innymi, jesteśmy tacy niezawodni i wydajni jako pracownicy. Więc niby komplement, ale sami rozumiecie: trochę ciężko się pozbierać, jak człowiek został właśnie uznany za największego ponuraka w całej firmie.

I co mam niby teraz zrobić – próbować udowodnić im wszystkim, że się mylą? I że tak naprawdę jesteśmy radośni jak skowronki i mamy zajebiste poczucie humoru? Trochę mogłoby być ciężko, bo po pierwsze: oni już i tak swoje wiedzą, a po drugie: tak się składa, że ja akurat faktycznie jestem z natury cicha, poważna i skupiona na pracy – ale przecież to nie dlatego, że jestem Polką, tylko dlatego, że jestem introwertyczką, do cholery! I szczerze mówiąc szlag mnie trafia za każdym razem, kiedy słyszę, że jesteśmy „jacyś” albo, że „it’s a Polish thing”. Za każdym razem, kiedy zostaję uznana za reprezentantkę całego narodu, albo kiedy muszę zastanawiać się, które części mojej osobowości i charakteru pasują, a które nie pasują do ich wyobrażenia o Polakach. Serio – my, introwertycy już i tak zbyt często musimy tłumaczyć się światu z samych siebie. Nie bardzo mam siłę brać sobie jeszcze do tego na barki ciężar odpowiedzialności za nasz charakter narodowy.

A zresztą, może i jesteśmy poważni i ponurzy, myślę sobie, kiedy o szóstej rano drałuję przez zaspy na autobus pełen taniej siły roboczej. Fakt, że mało kto się tu uśmiecha – no, ale z czego niby się cieszyć, jak człowiek dzień w dzień zapierdala na najsłabiej opłacanych stanowiskach, po czym wraca do jakiejś wynajętej klitki na końcu świata, żeby paść bez sił na kanapę i zasnąć przed telewizorem? Jakaś patriotyczna czułość chwyta mnie za serce – aż miałabym ochotę przytulić do piersi cały ten autobus rodaków (włącznie z kierowcą słuchającym RMF FM) i powiedzieć im wszystkim: bądźmy sobie tak ponurzy, jak nam się żywnie podoba! Należy nam się!


Jeśli podoba Ci się nasz blog i chcesz nas wesprzeć, możesz postawić nam wirtualną kawę: buycoffee.to/naszanisza.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *